Wycieczka za 50 zł + kalkulator kosztów podróży

No, to mamy rok 2012. Owity apokaliptycznymi wizjami, dla jednych czas końca świata, dla innych rok jak każdy inny, tyle że wszystko drogie. Ceny paliw są już coraz bliżej sześciu złotych… A diesel jest droższy od benzyny (WTF?). Sam z niepewnością spoglądam w przyszłość, licząc na runięcie obecnego systemu monetarnego i powstanie takiego, w którym każdy mieszkaniec Ziemi żyłby w dobrobycie (a technologicznie jesteśmy JUŻ TERAZ w stanie to zapewnić). Ale na razie żyjemy tutaj i dziś, więc nie będę gdybał, a zajmę się tym, co wiemy na pewno.

Bo czy tankując paliwo mamy na co narzekać? Passat b2 (a także b3 i b4) z silnikiem diesla w trasie pali maksymalnie 6 litrów ropy.

Piotr Wiśniewski poleca: Volkswagen Passat b2

Wygodnie przewiezie wtedy 4 osoby i ich bagaże. Przykładowa wycieczka to 150 km w jedną stronę. Nie jest za daleko, a już można nieco odpocząć od domu. Jednocześnie da się to załatwić w nawet jeden dzień (ale można też iść na nocleg i wrócić dzień później). Zakładając, że to będzie większe miasto dodajmy 50 km na jazdę już na miejscu, znalezienie parkingu, przejazd do innej dzielnicy itp. Do tego 150 km w drugą stronę. Razem 350 km. Policzmy zatem koszt przejechania tych kilometrów w przeliczeniu na osobę.

Odbędzie się to według następującego wzoru (wygląda na spory ale jest banalny):

(Spalanie (w litrach na 100 km) x ile takich setek kilometrów przejedziemy x cena paliwa) : ( liczba osób jadących na wycieczkę ) = koszt tej wycieczki w przeliczeniu na osobę.

Podstawiamy dane do wzoru :D :

(6 x 3,5 x 5,77 zł) : 4 = 30,29 zł

Prosty kalkulator kosztów podróży wrzucam dla Was w pliku excela – TUTAJ. Po otwarciu zobaczycie wszystko pięknie i czytelnie, wystarczy wpisać parametry. W razie pytań mój e-mail znajdziecie na stronie o mnie.

Zaokrąglę nieco w górę, bo paliwa będą jeszcze drożeć – zrzuta po 35 zł i jedziemy 150 km od domu. Tyle w kwestii dojazdu, do tego jakieś jedzenie, picie, może nocleg. Ale sam transport moim zdaniem nie jest drogi. A przykładowa jednodniowa wycieczka wyglądałaby następująco:

W sobotę rano wypad z domu, 150 km to trzy godziny spokojnej jazdy (w połowie trasy mała przerwa na siku i rozprostowanie nóg). O ósmej wyjazd, godzina 11:00 na miejscu. I wtedy mamy kilka godzin na szaleństwa, zwiedzanie, spacery, latem kąpiele w jeziorze lub morzu. Około 16:00 jesteśmy już zmęczeni i głodni :D. A że restauracje drogie, to bierzemy do auta małą butlę gazową z palnikiem – na którym możemy postawić czajnik albo mały garnek – i z powodzeniem gotujemy sobie herbatę i coś do jedzenia na ciepło.

Piotr Wiśniewski poleca: turystyczna butla gazowa z palnikiem

Samochód stawiamy pod jakimś supermarketem. Często można tam kupić świeże bułki, a także skorzystać za darmo z toalety. Obiad z odpoczynkiem trwa do 17:00. Wtedy mamy dwie opcje:

  • spakować manatki i wracać do domu, gdzie dojedziemy około godziny dwudziestej, albo
  • pobyć w tam do późnych godzin wieczornych, by zobaczyć to miasto nocą, porobić zdjęcia i jeszcze pozwiedzać.

W zależności od tego, czy musicie na drugi dzień rano wstać, będziecie wiedzieli, którą opcję wybrać :D.

Prosty plan wycieczki. Moim zdaniem takie są najlepsze. Oczywiście można plan udoskonalić o atrakcje związane z konkretnym miastem, ale wtedy może już nie być tanio. W każdym razie – całkowity koszt takiego wypadu powinien się zamknąć w 50 złotych na osobę. Stówka miesięcznie, i już mamy dwie wycieczki w miesiącu. Na przykład co drugi weekend. Nie ma na co narzekać, mówię Wam.

Zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma prawko, nie każdy ma samochód, nie każdy ma butlę z gazem, itp. Ale – każdy ma swój mózg i może przerobić ten plan na swoje warunki. Jeżeli musicie wybrać, na co wydać kasę – kupno jakiegoś gadżetu czy wycieczkę – wybierzcie wycieczkę. Zdecydowanie lepiej będziecie wspominać za kilka lat wyjazd ze znajomymi, niż kupno czegokolwiek. Poza tym myślę, że wartościowsze jest poznanie nowego miasta, aniżeli np. pad do gier, nowy portfel czy perfumy Diora. No ale każdy z Was ma rozum i wybierze sobie sam.

I tu, moi drodzy, rola ma się kończy. Pokazałem, że można tanio podróżować, dałem Wam plik excelowy, w którym sobie policzycie koszt danej wycieczki. Wam pozostaje znalezienie miejsca docelowego, odłożenie pieniędzy i jazda!

Wszelkie pytania, prośby, podziękowania i piosenki na moją cześć :D proszę przesyłać na adres mailowy, który znajdziecie na stronie „O mnie”.

Piotr Wiśniewski

Słów kilka o raku systemu oświaty

Bo przecież nie ma to jak pisać o oświacie w noc sylwestrową… Cóż, nikt Wam chyba nie mówił, że ze mną wszystko w porządku? Zapraszam do lektury.

Tata mi opowiadał, jak to było dekady temu. Jak dzieciak pisał lewą ręką, to to było nienormalne i nauczyciele go zmuszali żeby pisał prawą. I w końcu się nauczył. Dziwne, lekko głupie wręcz. Idźmy jednak dalej. Była dyscyplina na lekcjach. A jak dziecko miało złe oceny, to dostawało w domu „smary”, jak to mawiał mój wujek. Teraz jak „dziecko” się źle uczy, to rodzice mają pretensje do nauczycieli. Coraz bardziej się panoszy gówniarstwo, sobie pozwalają na nie wiadomo co w stosunku do nauczycieli (bo o ile kocham młodzież, to nie mogę znieść tego raka, którym są patologicznie aspołeczni nastolatkowie). Mało który belfer ma szacunek w szkole, a głównie mają go ci z długim stażem, którzy nauczają według „starej szkoły”. Czyli – nie potrafisz się zachować na lekcji? – Wyjdź. Nie zdążyłeś na przerwie się wysikać? – Masz minutę. I tym podobne. Sztywne zasady, dotyczące każdego równo. Pamiętam sam, jak szanowałem nauczycieli, którzy nie dali sobie wejść na głowę gimnazjalnym debilom. Jednak żeby sobie zapewnić spokój na lekcjach, musieli czasem wyjść poza swoje uprawnienia. Czyli – wydrzeć się na idiotę, wygonić go z klasy (nie można już tak robić, bo nauczyciel odpowiada podczas lekcji za dziecko które ma zaznaczoną obecność)… publicznie poniżyć, itp. Do czego zmierzam?

Obecne „choroby” młodzieży, czyli dysleksja, ADHD i tym podobne, to przypadłości, których jakoś kiedyś nie było. Jak się nie potrafił zachować, to dostał w pysk. I co? Och, nagle dziecko nie ma ADHD, potrafi się zachować. Jak za chwilę zrobił coś znowu, to dostał jeszcze raz i miał przyjść na drugi dzień z rodzicami. Nadpobudliwość dziwnie znikała. Teraz nie znika. Niczego nie chcę sugerować, ale widocznie nowe sposoby są DO DUPY.

Ci, którzy dzisiaj byliby nazwani dyslektykami, kiedyś po prostu pisali tak długo, aż się nauczyli. I z każdego można było zrobić człowieka. Bo nauczyciel miał pewną władzę. Teraz nie ma. A gówniarze w gimnazjum tak się pewnie czują, że sobie do nauczycieli klną i głośno wyzywają, tak jakby oni tam rządzili. A nauczyciel nie może mu nic zrobić, bo musi szanować „prawa uczniów”. A jak coś zrobi (co według mnie powinien), to może go mały szczyn pozwać do sądu. Za to, że dostał w ryj za złe zachowanie.

W liceum byłem, kiedyś. Tam na lekcjach ciągle się z czegoś śmiałem z kumplem. Non stop jakieś żarty, śmiechy, rozmowy. Języka niemieckiego nie chciało mi się uczyć, więc tam się te zachowania nasilały. Niby starałem się nie przeszkadzać tym nauczycielce, no ale jednak jej przeszkadzałem. Spytała o moje „ćwiczenia”. Nie miałem. Jedynka. Na następnym niemieckim znów zapytała czy mam – nie miałem. Druga jedynka. Na trzecie zajęcia się przygotowałem i z dumą jej odpowiedziałem, że mam ćwiczenia. Zajrzała tam. Nieuzupełnione – trzecia jedynka. Ależ byłem na nią zły… Nie wyobrażacie sobie. Jednak nie chcąc dostać więcej jedynek, ani dać jej satysfakcji wystawienia mi słabej oceny (bo wtedy myślałem, że o to jej chodzi), postanowiłem się uczyć na lekcje, sprawdziany itp. Wcale nie było to trudne, wystarczyło wykuć dziennie kilka/naście słówek. Były chyba dwa tygodnie na nauczenie się powiedzmy 200 czasowników. W trzech kolumnach, czyli tak naprawdę było ich ok. 66, tylko w różnych odmianach. Nauczyłem się, napisałem sprawdzian i … dostałem piątkę! Byłem taki dumny!

Trzema jedynkami zmotywowała mnie do nauki i zmiany zachowania. Dzięki temu, widząc potem moją poprawę w zachowaniu i ocenach, postawiła mi na koniec ocenę bardzo dobry. Na koniec trzeciej klasy liceum. Na świadectwo końcowe. Nie macie pojęcia jak się cieszyłem. Włożyłem trochę pracy, a otrzymałem taki prezent. Do tej pory jestem jej wdzięczny, że dała mi taką naukę. W prosty sposób pokazała mi gdzie jest moje miejsce, moją rolą było to miejsce zająć. Na początku byłem zły bo tego nie rozumiałem, ale jak tylko się podporządkowałem, wszystko się polepszyło. Nie widziałem tego wtedy, ale doskonale widzę to teraz.

I tak powinno być – nauczyciel powinien pokazać uczniowi gdzie jest jego miejsce w szeregu. Niestety na niektórych jedynka nie podziała motywująco. Na nich jednak także są sposoby, wystarczy popytać starszych nauczycieli. Oni byli uczeni w czasach bez „ADHD”, znają świetne metody. I nawet jeżeli to nie było do końca humanitarne, to wyleczono wtedy wielu „chorych”, którzy są teraz normalnymi ludźmi. Dało się.

Obecnie jakoś nie można. Teraz gówniarz (15 lat) chodzi na siłownię, chleje browary, pali papierosy, czasem coś przyćpa i myśli że jest królem i nie musi się uczyć. Potrzebny jest zatem ktoś, kto go naprowadzi na dobrą drogę. Chciałem nadmienić, że nie chodzi mi o przemoc nauczycieli nad uczniami. Nie popadajmy ze skrajności w skrajność. Chodzi mi o to, by wychowawca mógł strzelić w pysk WYROSTKA (ale nie każdego ucznia) zawczasu, zanim się mu za bardzo poprzewraca W DUPIE. Bo z tego co pamiętam najwięcej chaosu było u tych nauczycieli, którzy nie chcieli się za bardzo narazić a wręcz bali się cokolwiek powiedzieć tym chwastom. A mimo to było paru belfrów, u których cała młodzież potrafiła się zachowywać normalnie. Bez ADHD.

I to by było na tyle. Nakłaniam do zastanowienia się nad obecnym systemem oświaty, a Wy, kochani gimnazjaliści (i czasem licealiści) nie sprawiajcie problemów nauczycielom, to nie będzie sytuacji że ktoś „się uwziął” na Was. „Czyńcie tak, jak chcecie żeby Wam czyniono” – wiecznie aktualne.

Z wyrazami szacunku dla moich wszystkich nauczycieli*,
Piotr Wiśniewski.

* – Ciekawe ilu z nich to przeczyta…

Wady Transportera T3

Siódmy wpis w grudniu

Pomyślałem że dam Wam jeszcze w grudniu coś do poczytania. To będzie zatem kolejny nudny wpis o Busie T3. Dziś jednak nietypowo, bo jedynie o jego wadach. Być może przekonacie się, że i ja jestem czasami obiektywny.

Zaznaczam, że będę mówił o wersji towarowej, tudzież Caravelle (9 miejsc siedzących). Pomijam kempingi, Multivany i wszelkie drogie warianty (ponieważ są pozbawione niektórych wad).

Powyższa fotografia pochodzi z wikipedii, po kliknięciu przejdziecie do większego zdjęcia. Bus jak najbardziej standardowy, z takim właśnie miałem najwięcej do czynienia. Zapraszam do lektury.

Przestrzeń w busie

We wnętrzu TeTrójki jest tyle miejsca, że teoretycznie można by tam spać. Teoretycznie, bo w praktyce okazuje się, że przestrzeń ładunkowa jest przedzielona na dwa „piętra”, różniące się wysokością gdzieś czterdziestu centymetrów. Wszystko to przez fakt, że silnik jest z tyłu i musi się gdzieś zmieścić. Dlatego gdybym chciał spać na jednej płaskiej powierzchni, to musiałbym leżeć po skosie i jeszcze trochę podkulić nogi. A przecież nie spałbym sam.

Ciężko także przewozić takim autem jakieś meble, bo przestrzeń jest mało ustawna. Silnik z tyłu psuje wszystko. Zostało to co prawda poprawione w Transporterze T4, gdzie silnik jest z przodu a przestrzeń z ładunkowa jest całkowicie płaska i ustawna, ale… No w żaden sposób to nie tłumaczy Busa T3.

Przegroda ładunkowa

Dalej. W większości busów przednie fotele są oddzielone od tylnych przegrodą, której nie można wymontować. Da się ją usunąć (po prostu wyciąć), ale nie wiem czy nie naruszyłoby to konstrukcji nośnej samochodu. I o ile widziałem takie patenty, to sam u siebie wolałbym takiego czegoś nie robić. A fakt, że w droższych wersjach ścianki nie ma, nie przeczy mej teorii, bo być może po prostu sama konstrukcja auta jest wtedy nieco inaczej zbudowana, z uwzględnieniem braku wspomnianej przegrody. Anyway, nie można sobie podczas jazdy wygodnie przejść z siedzenia pasażera na tył auta. To w busie ogranicza jego praktyczność. Zwłaszcza na długich trasach.

Problem natury mechanicznej

Kolejna wada to już niestety mechanika, która może utrudnić nam życie na co dzień z Busikiem. Nie wpadłem na to sam, a dopiero po przeczytaniu jakiegoś wątku na Forum Przyjaciół VW Busa T3. Otóż silnik jest z tyłu, a chłodnica z przodu. Przewody z płynem chłodniczym idą zatem przez cały samochód, co zwiększa ryzyko zapowietrzenia układu. To z kolei grozi szybszym zagrzaniem się silnika, zagotowaniem płynu i czasem pęknięciem uszczelki pod głowicą. Jest to chyba najczęstsza usterka z jaką widziałem busy na allegro. Uszczelka to jednak pryszcz. Gorzej, jak pęknie głowica. To już większy koszt. Należy zatem nad wyraz dbać o chłodzenie i tej sprawy pilnować, żeby się nam nic nie pokomplikowało.

Wiek Transportera

Busy są stare. Najmłodsze mają już 19 lat, najstarsze aż 32 (!). Nie wszystkie są w dobrym stanie blacharskim. Korozja chwyciła już niejednego busa. Najgorzej jednak, gdy zjedzoną mają podłogę i elementy zawieszenia. A i takie się znajdą. To niestety normalna wada starych samochodów i nic na to nie możemy poradzić. Taki już „urok” busa. I chociaż uważam, że nie jest aż tak źle, to jednak wiek auta należy uznać tutaj za jego wadę (patrząc z perspektywy korozji rzecz jasna).

Mała moc silnika 1.6D

Cóż, potworem to Busik nie jest. Silnik 1.6 Diesel o ile wystarczy do sprawnego przemieszczania się, to może być uciążliwy w trasie. Bo przy 110 na godzinę hałas jest dość duży, a nie każdemu chce się jechać wiele kilometrów na dobrej drodze z prędkością 80 km/h. Pomijając już fakt, że o stu pięćdziesięciu na godzinę nawet nie mamy co marzyć.

Wyprzedzanie innych aut też uczy w tym aucie pokory. Trzeba się nieco oddalić od naszego „celu” i w odpowiednim momencie dodać gazu, żeby zbliżać już się do niego z prędkością, którą chcemy go wyprzedzić, i zrobić to jak tylko będzie wolne miejsce. Często mamy na to mało czasu, a bus nie pomaga w szybkim wyprzedzaniu, dlatego dobrze jest umieć wyczuć dobry moment do wciśnięcia gazu (jeszcze na kilka długich chwil, zanim minie nas ostatni samochód z naprzeciwka). Nie ma takiej wygody, że zmienimy pas, wtedy gaz do deski i łatwo wyprzedzimy inne auto. Tu trzeba nieco taktyki.

Bus T3 wymaga od użytkownika cierpliwości. Dla niektórych to zapewne wada, dlatego o tym piszę. Niemniej jednak dla mnie jest to zaletą. W busie przestajesz „kozakować” na drodze, a zaczynasz myśleć. Jakby każdy tak jeździł…

Ustawianie lusterek w busie T3

Następna wada Transportera T3 wychodzi dopiero w praktyce. Chcemy sobie ustawić lusterka, a tu się okazuje, że to nie takie proste! Prawe lusterko jest daleko od nas, nijak nie da się tego zrobić z siedzenia kierowcy. Sposób na to mam jednak następujący (o ile oczywiście nie ma nikogo, kto mógłby pomóc) – patrzę w lusterko i zapamiętując dokładnie co widzę, przesiadam się na siedzenie, z którego dosięgam ręką do lusterka, starając się w ogóle nie zmienić kąta patrzenia na lusterko. Wtedy ustawiam je, siadam z powrotem na miejsce kierowcy, ewentualnie powtarzam cały proces, tym razem już tylko korygując kąt lustra, i gotowe :). Na szczęście robi się to tylko raz na jakiś czas.

Co zamiast busa T3?

Wad powyższych (poza lusterkami) nie mają ani następca TeTrójki – Transporter T4, ani jego większy brat – LT. Zwłaszcza ten drugi w wersji dostawczej/osobowej jest fajną opcją, bo ma dużą płaską pakę bez podziału na „piętra”, a jego 6 cylindrowy silnik 2.4 D – który brzmi onanizująco – jest umieszczony z przodu, niedaleko chłodnicy. I oczywiście LT ma napęd na tył.

Poza tym – na przykład Ford Transit. Z tego co słyszałem silnik, skrzynia biegów i tylny most są tak trwałe, że nieraz całe auto pogniło i pordzewiało, a te elementy pozostały sprawne. I można je było włożyć do innej budy.

Następne auto – Żuk. Nie no dobra, bez przesady. Bo jeszcze ktoś pomyśli, że do reszty mi odbiło.

Reasumacja – końcowe wnioski

Volkswagen Transporter T3 nie jest pozbawiony wad. Ma ich wręcz od groma, z czego kilka tu przedstawiłem. Jego praktyczność psują jak widać przeszkody natury podstawowej. Niestety mimo tego, jaki Busik jest beznadziejny, nie potrafię znaleźć lepszego samochodu. Po prostu. T4 nie ma klimatu, LT jest za duży i nie tak przytulny, Transit to Ford, co do którego mimo wszystko nie mam przekonania. Wszelkie Żuki i Lubliny to zwykłe złomy na kołach, produkowane przez Polaków dla Polaków. I o ile „klasyczności” Żuka nie można zaprzeczyć, zresztą nawet z wyglądu mi się podoba, o tyle mechanika tych aut pozostawia wiele do życzenia.

Nie mam wątpliwości, że nigdy nic nie będzie mi się prowadziło tak cudownie jak nasz złomowaty towarowy trzymiejscowy bus T3 z silnikiem 1.6 Diesel i czterobiegową skrzynią. Nieraz oczywiste wady danej rzeczy, sytuacji lub czasem osoby budują jej największy urok. Te drobne niedoskonałości, które z pozoru przeszkadzają, ale gdy trafiamy w końcu na idealną wersję, okazuje się, że razem z wadami jest ona pozbawiona również całego wdzięku… Innymi słowy – Volkswagen Transporter T3 oficjalnie UTRZYMUJE status najlepszego auta na Ziemi.

Piotr Wiśniewski.

Otagowane , , , ,

Reklamówki z Biedronki za 7 groszy

Byliście grzeczni, więc pokażę Wam efekt mojej zabawy z aparatem Smena 8m – jedno z niewielu zdjęć, które w ogóle wyszły, i jedno z 3-4, które wyszło dobrze. Lubię zdjęcia z analogów, bo mają klimat. Ale jednak pozostanę przy oglądaniu ich, wykonywanie zaś zostawię profesjonalistom. KLIK.

Teraz wspomniany temat reklamówek z biedronki. Bo to ważny temat. :D

Wielokrotnie spotkałem się z niezrozumiałym dla mnie zachowaniem – ludzie woleli targać kilka rzeczy w rękach (bądź brali do tego woreczki na warzywa/pieczywo), zamiast kupić siatkę za SIEDEM GROSZY. Nie kumam. Mi się opłaca dać siedem groszy za wygodę niesienia zakupów dzierżąc jedynie siatkę w dłoni. Jak może się to nie opłacać? Jak można przedkładać zaoszczędzenie siedmiu groszy nad uniknięcie zbłaźnienia się podczas upuszczenia ledwo kupionych pomidorów i rozturlania ich po sklepie?

A jeżeli masz dużo zakupów (cały wózek) – dlaczego wolisz z wózkiem podjechać do auta i wszystko poprzekładać do bagażnika luzem, skoro możesz mieć to popakowane w – dajmy na to – siedem reklamówek, wszystko elegancko i po przyjeździe do domu po prostu zanosisz je do kuchni. Wolisz robić milion kursów z rzeczami? Nonsens. Ja rozumiem sprzeciw wobec nie-darmowym reklamówkom, ale ludzie, bez przesady! To nie jest 50 groszy, tylko SIEDEM. Bardziej się opłaca wydać je, niż nosić milion rzeczy niewygodnie w/na rękach. Albo jeszcze inna kombinacja – ktoś bierze tę siatkę za 7 groszy i pakuje do niej wszystko co się da, wszystko do tej jednej biednej siateczki. I co, że może się porwać, i straty będą o wiele większe. Nie weźmie drugiej, bo trzeba za nią płacić. Zaprawdę, zaprawdę powiadam Ci – nic Ci nie da zaoszczędzenie tych siedmiu groszy. Może Cię to tylko narazić na koszty.

Jeszcze inne zachowanie – panie w biedronce nie kasujące tych reklamówek. Niektóre po prostu z „dobrego serca” dają je klientom bez skasowania. Ja się pytam – PO CO? Durna pało Ty, to NIE JEST dobry uczynek, tylko zwyczajna kradzież. Za to możesz normalnie odpowiedzieć przed sądem, o ile Biedronka Cię pozwie (a powinna). A nic mi tak naprawdę nie da to, że mi tę siatkę dasz za darmo. Nikogo nie zbawi 7 groszy. Jak już ktoś prosi o tę nieszczęsną reklamówkę, to raczej „wlicza ją w koszta”, więc nie baw się w takie durne zachowania, bo wielu ludzi nawet nie zauważa, że dajesz je im za darmo, wcale tym przyjaciół nie zyskasz, a poza tym te siatki nie są Twoją własnością żebyś je mogła rozdawać. Bo potem ochrona w końcu to wyczai i jeszcze mnie posądzą o spisek z Tobą, że mi nie policzyłaś siedmiu groszy za siatkę, więc pewnie jestem jakiś Twój znajomy. Żałosne.

Dwie monety, miedziaki, które można znaleźć na ulicy. Czy to tak wiele, gdy się to zestawi z korzyściami? Nie obniżam tu wartości pieniądza, tylko chcę przekazać, że to SIĘ OPŁACA. Zatem – kupujcie te siatki, nie róbcie wiochy. Tyle powiem.

Piotr.

P.S. Ten wpis nie był sponsorowany przez Biedronkę (jak dotąd :D). A już niedługo wpis o polskim szkolnictwie i wychowaniu dzieci i młodzieży. :D Będzie się działo.

Muzyka w trasie – A State of Trance na youtube

Jest noc z 24 na 25 grudnia. Godzina 04:37. A ja siedzę tu i dla Was piszę. Bo Was kocham. :D Bo czymże byłby mój blog bez czytelników? Ale do rzeczy.

Albo najpierw od rzeczy chwilę – Busik T3 zimą. Tak, będę Wam go pokazywał do zerzygania <3.

I teraz do rzeczy.

Zapewne niejeden z Was lubi muzykę trance. Tak jak ja. Tylko ja bardziej. :D No i chciałem Wam tu teraz pokazać moje wyobrażenie idealnego momentu do słuchania takiej muzyki. Bo jakiś geniusz z neta zrobił to kilkanaście miesięcy temu, ale youtube się zesrało i powywalało te filmiki, bo jakieś tam prawa autorskie, coś tam, łorewa. W każdym razie teraz znowu one są na necie, z czego się bardzo cieszę. Poniżej zatem film który prezentuje chwilę idealną – trasa, długa droga, a bohater jedzie w samochodzie słuchając muzyki trance.

Ażeby nie spowalniać ładowania strony głównej, filmiki zobaczycie po kliknięciu „czytaj dalej”. Czytaj dalej

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.