Posted by

Podróże z ustalonym celem, czy spontany?

Nie jestem jakimś wielkim podróżnikiem, ale zdążyłem już przetestować obie te opcje. I wielu “szalonych ludzi”, którzy naoglądali się filmów, od razu zacznie mnie przekrzykiwać, że nic nie planujmy, bo SPONTANY SĄ NAJLEPSZE! I żadne tłumaczenia nie docierają, bo taka osoba ma już własne zdanie (doceniam) i za żadne skarby nie chce nawet wysłuchać innego (współczuję).

Oba warianty mają swoje wady i zalety. Ale nie będę się spierał, który z tych dwóch jest lepszy, bo szczerze mówiąc sam preferuję trzeci. Inny. Ale o nim za chwilę. Dlaczego nie podróż z ściśle ustalonym celem? Bo to nudne, bo mniej więcej wiemy, co nas spotka, nie czujemy przygody. Oczywiście pewnym ludziom to odpowiada, w zamian mają zapewnione bezpieczeństwo (względne), stałość kosztów, działanie według planu. To przemawia na plus, jeśli dla kogoś jest to ważne. Dlaczego nie całkowity spontan? Bo jak się idzie “na spontana”, to myśli się że zaraz ktoś wpadnie na super pomysł co będziemy robić. Wtedy zdarzają się przypadki że nikt nie ma żadnego “genialnego” pomysłu, wycieczka nie do końca wypala, nikt nie wie co można robić tam gdzie pojechaliśmy, albo ile głów tyle pomysłów na spędzenie najbliższej godziny. I kończymy nudząc się w jednym miejscu, bądź bezsensownie łażąc po mieście w oczekiwaniu na przebłysk geniuszu. Nie wymyślam – byłem w takich sytuacjach.

Rozwiązanie to złoty środek (nie mylić z półśrodkiem), łączący zalety obu poprzednich wariantów, jednocześnie pozbawiając je ich wad. Otóż przed wyjazdem ustalamy konkretne cele i określamy jakiś ogólny plan dnia (dość luźny). Spontan zaś polega tu na tym, że plan nas nie uwiązuje, a jedynie definiuje co będziemy robić, jeśli nikt nie wpadnie na lepszy pomysł. Podczas wycieczki jesteśmy otwarci na pomysły grupy, bezproblemowo dostosowujemy plan do nowych pomysłów, bądź wręcz zupełnie go zmieniamy. Chodzi jednak o to, by mieć co zmieniać, a dopóki nikt nic nie wymyśli, trzymamy się planu. Bo jak się siedzi w barze przy piwie i myśli “co byśmy mogli teraz porobić?”, to ciężko znaleźć coś ciekawego. A podczas realizowania planu dnia (na przykład idąc wzdłuż rzeki przepływającej przez miasto) łatwo można wpaść na pomysł udoskonalający naszą wycieczkę, na przykład zwiedzenie nagle dostrzeżonego ciekawego celu (na co nie wpadlibyśmy siedząc w barze).

Warto mieć rozkład dnia, ale traktować go raczej jako luźne sugestie. Albo jako plan awaryjny. Bo spontany wychodzą wtedy, gdy naprawdę są spontaniczne. A trudno wpaść na coś takiego zastanawiając się “hmm… co spontanicznego mogę zrobić?”. Jeśli nad tym tak myślimy, to już nie jest spontaniczne. Najlepsze pomysły przychodzą do głowy same.

Zatem podsumowując – polecam WSZYSTKIM robienie planów, bo to nie zaszkodzi w niczym. A może pomóc. Ale wprowadzenie tego planu w życie to już zupełnie inna sprawa. Mogę szczerze stwierdzić, że wycieczki realizowane według takiej konwencji były dla mnie najciekawsze.

Polecam, Piotr Wiśniewski :D

PS. Bardoce Brothers – Tele – jak ktoś pamięta taką muzykę sprzed lat i ją lubi (i może ma jej więcej), to zapraszam na gg – 31266650. :D

Otagowane , ,

Ponadczasowe karoserie: Mercedes-Benz W115

Jednym z aut, które można bez obaw tankować w biedronce olejem roślinnym, a mimo to przewiozą nas w komforcie i prestiżu, jest Mercedes W115 – piękne, klasyczne już auto. Ponadczasowa sylwetka nadal przyciąga wzrok i cieszy, mimo że od początku produkcji minęły już 44 lata. Należy w tym momencie wspomnieć, że model był również oznaczany jako W114, a jedyne różnice pomiędzy tymi dwoma, to silniki. Wszystkie sześciocylindrowe egzemplarze nazywały się W114, a wszystkie cztero- i pięciocylindrowe – W115. Produkowany był w dwóch wersjach nadwoziowych – coupe i limuzyna.

Oczywiście rozsądniejszym i tańszym zakupem okazałby się młodszy następca – W123 – czyli popularna beczka, a najlepiej wyjdziemy w ogóle na W124, jednak to nie rozsądek każe nam kupować takie klasyki. Podstawowy silnik diesla 2.0 dysponował mocą niewielką, aczkolwiek wystarczającą. 55 koni mechanicznych nie rzucało autem na zakrętach, ale zapewniało niezawodność i niskie spalanie. Chociaż jak jeszcze tak chwilę pomyśleć, to niewielka moc i spora masa auta pełniły rolę podobną do dzisiejszych systemów ASR, zapobiegających buksowaniu kół przy ruszaniu. I sobie ludzie radzili bez elektroniki.

Ale tak serio, to nic konkretnego nie wiem o tym wozie. Tylko tyle, że jest śliczny. Chętnie bym kupił sobie takiego z dwulitrowym dieslem, licząc że zaspokoi moje najskrytsze pragnienia na ośnieżonym parkingu pod lidlem, a latem będzie po prostu spokojnie jeździł na tanich alternatywach oleju napędowego. Jest to nienazwana jeszcze wtedy klasa E, która – jak się okazało wiele lat później – zapewnia komfort i prestiż, nawet jeśli za przejeżdżającym wozem ciągnie się woń frytek.

Szukając zdjęć tego auta znalazłem to, które widzicie powyżej. Chwilę się zastanawiając doszedłem do wniosku, że skoro to RWD, to powinien chyba zakręt brać inaczej… Więc uruchomiłem gimpa i wziąłem się do roboty. Poniżej rezultat.

Oczywiście to tylko żart, ta limuzyna nie została przeznaczona do driftu i takie zabawy mogłyby się źle skończyć. Ale obrazek przerobiony został dla zabawy, także proszę nie płakać. Jestem w pełni świadomy, że prestiż tego samochodu powinien zniechęcać kierowcę do takich wyczynów, a części mechaniczne sprzed 40 lat nie mają obowiązku wytrzymać wariactwa tego rodzaju. Ale wygląda fajnie i o to chodziło.

Nie będę Wam szukał i wklejał tu więcej zdjęć, chcecie to znajdziecie je pod hasłem w114 albo w115. Niesamowite są te niemieckie klasyki. Po tylu latach nadal zachowują swą dostojność i klasę. Te nadwozia są zwyczajnie ponadczasowe. To samo mogę powiedzieć o Audi 100 (C2, C3), VW Passacie (B2), a także Mercedesie klasy S (W116 i jego następcy). Nie można też zapomnieć o szwedzkim Volvo, serie 200 i 700 to naprawdę udane samochody, służące niezawodnie do dziś. Spójrzcie na drogi i zastanówcie się, które z współczesnych aut będą wyglądały dobrze za 20 lat. Wiele z nich wygląda jakby celowo były robione brzydkie, by jarała w nich tylko nowość i by po kilku latach naprawdę zbrzydły i trzeba było kupić sobie nowy żeby nie rzygać codziennie przed jazdą do pracy. Przykład? Nowa Corolla (stare były świetne), Alfa Romeo Giulietta, Chevrolet Aveo…

… 2 minuty później …

I… zgubiłem wątek bo musiałem wyjść zwrócić. Co za paskudy… Ale za to Kia Cee’d jest świetna, mimo że tania. Można? A Peugeot 407 SW, Citroen C4 Grand Picasso, Renault Laguna? No i oczywiście na czele Volkswagen Passat (B7 oraz nowe CC). Można robić nowe ładne auta. Da się. A kto nie robi ten trąba.

Zapraszam Was do przesłuchania poniżej przyjemnego kawałka trance’owego. Możecie sobie wyobrazić daleką podróż wygodnym samochodem z Waszymi ludźmi, spanie w namiotach, zabawy nad jeziorem, lato, beztroskie młodzieżowe libacje, wszystko za czym tęsknicie. :D Świetna muzyka.

Wiem, że chętnie byście poczytali moje filozoficzne wywody :D, niestety jednak na razie nie mam nic nowego. Ale nie bójcie się – myślę o tym cały czas. Jak coś wymyślę to nieomieszkam się tym pochwalić.

Pozdro.

Odpowiedź na problem wyboru zawodu

Możliwe że część z Was nadal nie wie co chce w życiu robić. W sensie – kim być / jako kto pracować. Powiem Wam szczerze, że sam należę do tej grupy. Bo jest wiele fajnych zajęć, ale większość z nich ma też swoje wady, które zbyt przeszkadzają by się czymś zająć na stałe.

Przykład pierwszy: kierowca tira (potocznie mówiąc). Z jednej strony fajnie – dalekie podróże, poznawanie świata, pewnego rodzaju niezależność, gdy jesteś sam kilka godzin w kabinie, słuchasz czego chcesz, masz temperaturę jaka Tobie się podoba, prowadzisz wielki wóz i z każdym przejechanym kilometrem (który jest dla Ciebie przyjemnością) zarabiasz pieniądze. Na tym co lubisz robić (zakładając że to lubisz :D). Ale jest też druga strona medalu – i nie mówię tylko o tym że jest się poza domem większość czasu. Trzeba dostarczyć towar terminowo, nieraz kosztem bezpieczeństwa, przed wyjazdem musisz dobrze zabezpieczyć ładunek, a jak wjedziesz w złą uliczkę w mieście to nie wyjedziesz tak łatwo jak osobówką (już nie mówię o złym zjeździe z autostrady…). Wiadomo że trzeba myśleć pozytywnie, ale są to wady tego zawodu i chcąc go wykonywać należy być ich świadomym.

Przykład drugi: nauczyciel w podstawówce. Uczysz małe dzieci, masz wpływ na ich rozwój, światopogląd, masz bezpośredni wpływ na ich umysły, bo są w wieku kiedy się wszystko chłonie, a na początku nauczyciel jest autorytetem większym niż rodzice. Widzisz jak dzięki Tobie uczniowie się rozwijają, rosną młodzi geniusze bądź artyści. To co włożysz im do głowy będzie trudne do wyjęcia stamtąd przez najbliższe lata. Jakie to musi być cudowne zajęcie! Tak, ale robisz sprawdzian, a okazuje się że połowa klasy nie zrozumiała tematu. A na jutro musisz napisać sprawozdanie z rady dla dyrektora. A plan pracy na cały rok musisz przygotować wcześniej i musisz się go trzymać. Pracy z dokumentami nauczyciele mają od groma. I robią to w domu. To jest koszt możliwości rozwijania młodych umysłów.

Przykład trzeci: … albo nie. Trzeciego nie będzie. Powinniście już łapać o co mi chodzi. Każdy zawód ma jakieś wady, których na początku nie widać. Dlaczego człowiek 16 letni ma wybierać kim w życiu będzie? Wtedy właśnie wybiera się szkołę po gimnazjum. I niektórzy wybierają zawodówkę, po 2 latach idą do pracy i są ustawieni. Inni idą do liceum na 3 lata, co (pomijając wybór profilu – human, mat-fiz, itp) daje im dodatkowy czas na zastanowienie się co chcą w życiu robić. Wtedy wybierają studia. Ale czekaj, czekaj… Na jakiej podstawie 19 letnia osoba ma wybrać sobie co chce robić w życiu (a co dopiero 16 letnia)? Skąd ma znać wady danego zawodu, które mogłyby jej przeszkadzać? Dziwne, nie? A dodatkowo czasami rodzice wpieprzają się dzieciom w paradę, podejmując decyzję za nie. A to nie jest dobre rozwiązanie. Każąc dziecku iść do szkoły, którą Ty chcesz, żeby ukończył, skazujesz JEGO I SIEBIE na rozczarowanie i smutek. Bo jemu nie będzie dobrze szło na czymś co go nie interesuje, będzie miał słabe wyniki i będzie sfrustrowany, że nie realizuje swoich pasji tylko zachcianki rodziców, a Ty nie będziesz z niego zadowolona/ny, bo nie spełni Twoich oczekiwań. Pozwalając dziecku wybrać za siebie (ale musi to być jego świadomy wybór!) może na początku pozornie będziesz uważać to za swoją porażkę, bo przecież syn miał być lekarzem… Ale ostatecznie zobaczysz, że uszczęśliwi Cię jego szczęście, gdy będzie robił coś co mu sprawia radość (np. naprawiał samochody). Czasem dla rodziców jest ważne coś zupełnie innego niż dla dziecka. Na przykład – oni dbają o status społeczny, chcieliby mieć wpływowe dziecko, znane i szanowane w społeczeństwie, a ono chce po prostu robić to co lubi (proste rzemiosło lub usługi), dopóki mu godnie płacą. To, że chcemy dla dziecka dobrze, wcale nie znaczy że powinniśmy mu ustawiać życie. Bo żeby było mu dobrze, to ONO powinno sobie wybrać zawód i drogę życiową. W przeciwnym razie po prostu będzie nieszczęśliwe, nawet wiodąc dostatnie życie dzięki zawodowi wybranemu przez kochających rodziców. Jeśli nas zapyta, powinniśmy służyć radą i pomocą, podpowiedzieć, doradzić, nakierować. Ale NIGDY nie zmuszać do wyboru naszej opcji!

A teraz opowiem o mojej odpowiedzi na problem wyboru zawodu. O niektórych wadach danego rozwiązania dowiadujemy się czasem dopiero po jego wdrożeniu – wcześniej nie sposób ich przewidzieć. Tak samo z wyborem zawodu – dopiero po przepracowaniu jakiegoś czasu na danym stanowisku widzimy wady tej pracy. Zatem, moja wizja wygląda tak: w trzeciej klasie gimnazjum dodana zostaje lekcja, jedna w tygodniu, na której omawia się różne zawody. Pod koniec trzeciej klasy uczeń wybiera dla siebie np. trzy (albo więcej) zawodów (do ilości jeszcze wrócę) i do każdego z nich zostaje przyuczany pracując w nim od kilku dni do paru tygodni (oczywiście nie da się tak ze wszystkimi zawodami, ale do tego dojdziemy). Po tym czasie człowiek dostrzega co mu nie odpowiada w danych zawodach, a który pasuje mu najbardziej. Wtedy podejmuje decyzje o wyborze swojej ścieżki kariery. Przy czym na lekcji w gimnazjum uczniowie powinni być poinformowani o tylu zawodach, ile się da. Nie byłoby to jednak na ocenę. Lekcja pełniłaby rolę informacyjną. O wielu zawodach nawet nie wiemy że istnieją, a moglibyśmy się w nich odnaleźć. Nie ma tylko skąd się o nich dowiedzieć. To jest rozwiązanie.

Oczywiście pomysł nie jest idealny, ma swoje wady które wymagają dopracowania, ale na pewno nie jest od niego lepszy obecny system, w którym uczeń nie mając skąd się dowiedzieć konkretów o danym zawodzie musi wybrać, co będzie robił w życiu. Zapewne część wie od początku co chce robić i godzi się na wszystkie wady bo dany zawód jest ich marzeniem, tacy nie muszą wybierać aż trzech zawodów do przyuczenia (ale mogą). Ci zaś, którzy nie są pewni, mogą wybrać ich kilka i na koniec zdecydować.

“Kto za to wszystko zapłaci?” – zapyta wnikliwy czytelnik. Otóż zapłaci pracodawca. Byłoby to ustawowe, a pracodawca miałby dzięki temu jakieś zniżki ZUSu, albo coś, co by go zachęcało i rekompensowało ewentualne “straty” (państwowe dotacje?). Byłoby to coś w stylu praktyk, tyle że płatne normalnie, po ludzku. Jako, że nie jest to normalna praca a tylko przyuczenie do zawodu, to np. 70% najniższej krajowej.

Słowo na temat zawodów których nie da się wykonywać w tym wieku (potrzeba specjalistycznych uprawnień, są restrykcje wiekowe itp). W takim przypadku uczeń wykonywałby pod okiem normalnego pracownika te elementy pracy, które nie wymagają uprawnień, ewentualnie pod ścisłym nadzorem mógłby się uczyć niektórych trudniejszych etapów (wymagających odpowiedzialności), jeżeli są one główną rzeczą, jaką wykonuje pracownik, np. manewrowanie ciężarówką na placu (wiem, to dyskusyjne). Uczeń pracowałby po prostu jako pomocnik/asystent głównego pracownika.

Kończąc – moje rozwiązanie ma wady, jestem tego świadom. Nie proponuję oczywiście kończenia edukacji na gimnazjum i tym kursie przygotowawczym. Po wybraniu zawodu uczeń szedłby do takiej szkoły, która by go najlepiej przygotowała do tej pracy (zawodówka, technikum, liceum, studia, jakieś kursy zawodowe).

Gdybyśmy tak mogli najpierw sprawdzić jak wygląda całokształt danej pracy, a potem podjąć decyzję o jej podejmowaniu lub nie… O ileż piękniejszy byłby świat? O ile łatwiejszy! Zapraszam do dyskusji. A zanim napiszesz komentarz zawierający nierozwiązany przeze mnie problem spróbuj sam go rozwiązać i opisać tu rezultaty. Takie komentarze punktuję podwójnie! :D Ale wszelkie uwagi są mile widziane.

Piotr Wiśniewski.

Dlaczego pracodawcy tak mało płacą?

Zastanawiałem się dlaczego pracodawcy oferują najniższą krajową. Czy musimy pracować za tak marne pieniądze? Co nimi kieruje gdy oferują najniższe stawki wynagrodzeniowe? Będzie krótko i na temat.

Przez chwilę wyobraźmy sobie, że jesteśmy przedsiębiorcą. Założyliśmy firmę żeby mieć niezależność finansową i być może także dużo pieniędzy. Potrzebujemy pracownika, zatem ogłaszamy się w kilku miejscach. Oferujemy pełen etat, jednak nie jesteśmy zdecydowani co do wynagrodzenia. Z racji chęci zysku proponujemy najniższe. A jeżeli nie będzie chętnych to zaoferujemy wyższą stawkę. I na tym działka firmy się kończy.

Teraz czas na poszukujących pracy. TU jest pies pogrzebany! Ludzie się zgłaszają do pracy za najniższe stawki! A jeżeli stały pracownik domaga się wyższej pensji, pracodawca sobie go zwalnia (bądź nie przedłuża umowy) i zatrudnia następnego, za tę samą kasę. Bo się ludzie zgłaszają! Gdyby nikt nie był chętny do pracy za takie pieniądze, to pracodawcy musieliby zaoferować trochę więcej. Ale skoro ludzie chcą pracować za tysiąc sto złotych na rękę, to pracodawcy nie widzą sensu w podwyższaniu im pensji. Choćby dlatego, że nie leży to w ich interesie.

Niestety dopóki ludzie będą chętni do takiej pracy, to nic się nie zmieni. Dalej będą wykorzystywani przez pracodawców, którzy kierowani pazernością będą płacić ludziom jak najmniej, robić wymówki od wypłacania nadgodzin i dawania urlopów oraz poganiać na każdym kroku.

I jeszcze Ci powie taki, że te tysiąc trzysta brutto to w zasadzie całkiem dobra pensja! (Mi tak powiedział.) Niedorzeczne.

Życzę Wam zatem godnych wynagrodzeń, przyjemnych warunków pracy i umiejętności docenienia tego. Pozostańcie z nami, już po przerwie następny materiał. :D

Chevrolet Volt

Witajcie. Przez długi czas byłem przeciwnikiem elektrycznych samochodów. Bolała mnie ich “bezduszność”, brak ryku silnika i chyba ogólnie – nowość. Zmieniło się to z chwilą obejrzenia na TVN Turbo reportażu o elektrycznej wersji lotusa elise. Marcin Orzepiński podczas jazdy wcisnął w nim gaz do deski, a wtedy ślicznie widać było wielki moment obrotowy generowany przez silnik na prąd, który pchał auto do przodu, a kierowcę wciskał w fotel. Wtedy zacząłem lubić elektryczne auta. Bo skoro dają tyle zabawy, to można przeboleć brak przeszywającego ciało ryku silnika V8 ze starego Camaro, albo 5 cylindrów z rzadkich benzynowych wersji Passata B2 (nie no, prawdę mówiąc to nie można tego przeboleć, ale o tym za chwilę). Do tego dochodzi oczywiście oszczędność pieniędzy, bo koszt przejechania 100 km jest w aucie elektrycznym o wiele mniejszy od tego w konwencjonalnym pojeździe.

Dziś będzie o kolejnym nowym samochodzie, który nigdy nie dorówna starym VW (T3 i Passatowi), ale przynajmniej coś sobą reprezentuje i ma coś ciekawego do zaoferowania. Chevrolet Volt. Nowe auto napędzane silnikiem elektrycznym, które w razie rozładowania baterii uruchamia spalinowy generator prądu, który wydłuża znacznie zasięg. Przy czym zasięg (600km) jest tu zaletą tylko dlatego, że jest to auto elektryczne, bo już 20 lat temu diesle mogły bez tankowania przejechać 2 razy więcej. Ale widać postępy w technologii. I bardzo mi się to podoba.

Bez używania paliwa możemy przejechać niestety tylko 80 km, ale to wystarczy do codziennego dojazdu do pracy i ewentualnie po zakupy (co wytłumaczyli mi spece od reklamy Chevroleta na jakimś filmie z youtuba). Po przejechaniu tego dystansu uruchamia się silnik 1.4 i daje prąd do silnika elektrycznego. To bardzo ciekawe rozwiązanie, bo zwykle do elektryka dołączał silnik benzynowy i razem napędzały koła. Tutaj silnik spalinowy daje tylko prąd, który napędza silnik elektryczny, a ten dopiero – sam – wprawia auto w ruch.

Zatem w pełni napędza nas przez cały czas silnik elektryczny, który ma moment obrotowy tak wielki, jak porządnie stuningowane 1.9 TDI. Czyli duży. 368 NM to ogrom, zapewniam. Porównajmy to z silnikiem 1.6 TD z passata b2, który naprawdę (poważnie) potrafi wcisnąć w fotel i mknąć z zawrotną prędkością: stary VW osiąga maksymalnie 133 NM, waży 1200 kg, Volt ma 500 kg masy więcej, ale dysponuje momentem niemal TRZY RAZY WIĘKSZYM! Co tam się musi dziać?! A samochód elektryczny osiąga maksymalny moment obrotowy już od pierwszego obrotu silnika! Nie ma turbo laga, nie trzeba czekać na wysokie obroty. 368 NM dostępne od ręki. Fajnie? A co powiecie na to – ta ciężka landara do setki przyspiesza w około 9 sekund! Dokładnie, seks!

Z przodu i przodo-boku wygląda świetnie. Bez ściemy. Wnętrze też ma dość ciekawe, podoba mi się i chętnie bym polatał takim autem. Jednakże to wnętrze ma pewne wady, które już ktoś odkrył i przedstawił na youtubie. Otóż na panelu środkowym nie mamy zwykłych topornych przycisków, tylko nowoczesne, dotykowe – na płaskiej powierzchni jest jakiś tekst, wciskamy go i uzyskujemy efekt. Jak ma to działać podczas jazdy? Mknę sobie cichutko, elektrycznie, wtem zrobiło mi się za ciepło, chcę włączyć klimatyzację. W zwykłym samochodzie wystarczy ruch ręką i rozpoznanie dotykiem, gdzie jest pokrętło lub przycisk odpowiedzialny za zmianę ustawienia, po czym użycie go. Tutaj bez spojrzenia na konsolę ani rusz! Czy to jest zatem auto do stania pod domem? Bo tylko w takim wypadku widzę sens w odrywaniu wzroku od drogi żeby zmienić ustawienie ogrzewania czy radia! (Zresztą szukanie jakiegokolwiek przycisku podczas jazdy jest zarezerwowane dla idiotów.) Shame on you, Chevy! Niepotrzebny, niebezpieczny bajer. Ale poza tym w środku jest fajnie :D. A możliwe, że w tańszych wersjach wyposażeniowych tego panelu nie będzie, na co liczę.

Tak. Czyli mamy bardzo ciekawą pozycję do sprawdzenia, zanim podejmiemy decyzję jakie nowe elektryczne auto kupić (KTO DO JASNEJ MA TAKIE PROBLEMY?! :D).

Teraz wrócę do nieodżałowanych silników spalinowych. Otóż nie potrafiłbym zrezygnować zupełnie z ryku V8 albo gangu pięciu cylindrów na rzecz auta elektrycznego. Mógłbym jeździć po cichu, ale jedynie wiedząc, że w garażu mam ślicznie brzmiący wóz, którego w każdej chwili mogę stamtąd wyciągnąć i zabrać na przejażdżkę. Głośną i paliwożerną przejażdżkę.

Bo jednak samochód powinien spełniać też jakieś wymogi estetyczne, a jednym z nich jest dźwięk silnika. Ciche “Szszszszszszsz……..” to raczej nie coś, do czego byłem przyzwyczajany i na co byłem nakręcany od najmłodszych lat przez telewizję i społeczeństwo. Samochód to już od dziecka było dla mnie “wrum wrum”. Nie jakieś “szszszszsz….”

- No ale świat idzie do przodu?

Nie. Świat nadal kocha “wrum wrum” i dopóki będziemy mogli jeździć na benzynę, to elektryczne auta pozostaną ciekawostką. A z moim zamiłowaniem do dalekich wyjazdów, wóz na prąd nie będzie nigdy tym głównym, najbardziej “jeżdżonym”. Może będzie jedną z wielu zabawek, stojącą w wielkim podziemnym dubajskim garażu, a może nigdy sobie takiego auta nie kupię.

A na koniec powiem o swoim bólu połączonym z dziwnym poczuciem, że coś mnie łączy z designerami Chevroleta. Otóż tak jak ja za młodu, gdy rysowałem samochody, tak teraz oni NIE POTRAFIĄ zaprojektować NORMALNEGO tyłu auta! I nie byłoby w tym nic złego, bo ja przecież też nie umiem, ale ja przynajmniej nie biorę się za to zawodowo! No bo dla kogo oni to zaprojektowali? Czy tył auta naprawdę musi wyglądać tak paskudnie jak w priusie? Bo jeżeli to był Wasz cel, twórcy Volta, to w mojej ocenie powinniście dostać premię.

Ale co bym nie powiedział, to i tak nic temu autu nie zabierze jego urody z każdej innej strony niż tył i fajnej koncepcji napędu. Mimo że to FWD, więc podrifcimy jedynie zimą. Ale baterie ładują się w 4 godziny, więc nie jest tragicznie. Na dojazdy do pracy bez wydawania na paliwo – w sam raz. Maksymalnie ma polecieć 161 km/h. Czyli podobnie jak Passat 1.6 TD. Produkowany do 1988 roku. Tak jest, najmłodszy z nich ma teraz 24 lata. Prędkość została sprawdzona całkiem niedawno, oczywiście na niemieckiej autostradzie bez ograniczenia prędkości.

Auto ma milion elektronicznych bajerów i udogodnień dla kierowcy i pasażerów, a także systemy i urządzenia zwiększające bezpieczeństwo. O tym wszystkim poczytacie już na oficjalnej stronie – KLIK.

Ale patrząc przez pryzmat priusa i innych nowych, plastikowych wozów, to nawet fajna opcja. I chociaż nie zrobi “wrum wrum”, to przynajmniej powciska w fotel lepiej niż niejedna benzyna. No chociaż tyle. :D

Wiśnia.

Otagowane ,

Proszę, nie oddawaj auta na złom!

Zatrważające zjawisko ma miejsce na rynku motoryzacyjnym – ludzie kupując sobie nowszy samochód oddają starszy do kasacji. Jak tak dalej pójdzie, za 20 lat stare auto kupimy jedynie w formie żyletek! Jako fan pełnoletnich samochodów jestem temu zdecydowanie przeciwny. Bo o ile w przypadku rozbitych pojazdów złomowanie jest zrozumiałe, to oddawanie na złom aut które SAME TAM DOJADĄ to dla mnie totalne nieporozumienie. Czytaj dalej

Otagowane , , ,

O wolności słowa w Internecie

Nie wiem po co tu ludzie wchodzą i czytają te bzdury, ale skoro jest popyt, to zapewnię Wam podaż.

Przeglądając Internet czasem trafiamy na strony, które nie zostały do nas adresowane. Ja zwykle wtedy klikam wstecz, po czym – bogatszy o jedno doświadczenie – więcej tam nie wchodzę. Co robią niektórzy użytkownicy? Komentują, wyzywają, że im się nie podoba, że beznadziejne, że słabe. PO CO? – Pytam. Czytaj dalej

Wycieczka za 50 zł + kalkulator kosztów podróży

No, to mamy rok 2012. Owity apokaliptycznymi wizjami, dla jednych czas końca świata, dla innych rok jak każdy inny, tyle że wszystko drogie. Ceny paliw są już coraz bliżej sześciu złotych… A diesel jest droższy od benzyny (WTF?). Sam z niepewnością spoglądam w przyszłość, licząc na runięcie obecnego systemu monetarnego i powstanie takiego, w którym każdy mieszkaniec Ziemi żyłby w dobrobycie (a technologicznie jesteśmy JUŻ TERAZ w stanie to zapewnić). Ale na razie żyjemy tutaj i dziś, więc nie będę gdybał, a zajmę się tym, co wiemy na pewno. Czytaj dalej

Słów kilka o raku systemu oświaty

Bo przecież nie ma to jak pisać o oświacie w noc sylwestrową… Cóż, nikt Wam chyba nie mówił, że ze mną wszystko w porządku? Zapraszam do lektury.

Tata mi opowiadał, jak to było dekady temu. Jak dzieciak pisał lewą ręką, to to było nienormalne i nauczyciele go zmuszali żeby pisał prawą. I w końcu się nauczył. Dziwne, lekko głupie wręcz. Idźmy jednak dalej. Była dyscyplina na lekcjach. A jak dziecko miało złe oceny, to dostawało w domu “smary”, jak to mawiał mój wujek. Teraz jak “dziecko” się źle uczy, to rodzice mają pretensje do nauczycieli. Coraz bardziej się panoszy gówniarstwo, sobie pozwalają na nie wiadomo co w stosunku do nauczycieli (bo o ile kocham młodzież, to nie mogę znieść tego raka, którym są patologicznie aspołeczni nastolatkowie). Mało który belfer ma szacunek w szkole, a głównie mają go ci z długim stażem, którzy nauczają według “starej szkoły”. Czyli – nie potrafisz się zachować na lekcji? – Wyjdź. Nie zdążyłeś na przerwie się wysikać? – Masz minutę. I tym podobne. Sztywne zasady, dotyczące każdego równo. Pamiętam sam, jak szanowałem nauczycieli, którzy nie dali sobie wejść na głowę gimnazjalnym debilom. Jednak żeby sobie zapewnić spokój na lekcjach, musieli czasem wyjść poza swoje uprawnienia. Czyli – wydrzeć się na idiotę, wygonić go z klasy (nie można już tak robić, bo nauczyciel odpowiada podczas lekcji za dziecko które ma zaznaczoną obecność)… publicznie poniżyć, itp. Do czego zmierzam? Czytaj dalej

Wady Transportera T3

Siódmy wpis w grudniu

Pomyślałem że dam Wam jeszcze w grudniu coś do poczytania. To będzie zatem kolejny nudny wpis o Busie T3. Dziś jednak nietypowo, bo jedynie o jego wadach. Być może przekonacie się, że i ja jestem czasami obiektywny. Czytaj dalej

Otagowane , , , ,

Reklamówki z Biedronki za 7 groszy

Byliście grzeczni, więc pokażę Wam efekt mojej zabawy z aparatem Smena 8m – jedno z niewielu zdjęć, które w ogóle wyszły, i jedno z 3-4, które wyszło dobrze. Lubię zdjęcia z analogów, bo mają klimat. Ale jednak pozostanę przy oglądaniu ich, wykonywanie zaś zostawię profesjonalistom. KLIK.

Teraz wspomniany temat reklamówek z biedronki. Bo to ważny temat. :D

Wielokrotnie spotkałem się z niezrozumiałym dla mnie zachowaniem – ludzie woleli targać kilka rzeczy w rękach (bądź brali do tego woreczki na warzywa/pieczywo), zamiast kupić siatkę za SIEDEM GROSZY. Nie kumam. Mi się opłaca dać siedem groszy za wygodę niesienia zakupów dzierżąc jedynie siatkę w dłoni. Jak może się to nie opłacać? Jak można przedkładać zaoszczędzenie siedmiu groszy nad uniknięcie zbłaźnienia się podczas upuszczenia ledwo kupionych pomidorów i rozturlania ich po sklepie? Czytaj dalej

Muzyka w trasie – A State of Trance na youtube

Jest noc z 24 na 25 grudnia. Godzina 04:37. A ja siedzę tu i dla Was piszę. Bo Was kocham. :D Bo czymże byłby mój blog bez czytelników? Ale do rzeczy.

Albo najpierw od rzeczy chwilę – Busik T3 zimą. Tak, będę Wam go pokazywał do zerzygania <3.

I teraz do rzeczy.

Zapewne niejeden z Was lubi muzykę trance. Tak jak ja. Tylko ja bardziej. :D No i chciałem Wam tu teraz pokazać moje wyobrażenie idealnego momentu do słuchania takiej muzyki. Bo jakiś geniusz z neta zrobił to kilkanaście miesięcy temu, ale youtube się zesrało i powywalało te filmiki, bo jakieś tam prawa autorskie, coś tam, łorewa. W każdym razie teraz znowu one są na necie, z czego się bardzo cieszę. Poniżej zatem film który prezentuje chwilę idealną – trasa, długa droga, a bohater jedzie w samochodzie słuchając muzyki trance.

Ażeby nie spowalniać ładowania strony głównej, filmiki zobaczycie po kliknięciu “czytaj dalej”. Czytaj dalej

Nowy rodzinny van “za rozsądną cenę”

Więc, ojcze rodziny, postanowiłeś kupić samochód. Nowy samochód. Czytając tego bloga jesteś przekonany, że polecę Ci Volkswagena. Znając moją infantylność dochodzisz do wniosku, że to może być nawet Scirocco. I już chcesz pewnie wychodzić, ale zostań. Zostań i zobacz, co dla Ciebie przygotowałem. Bo chociaż jestem przekonany o wysokiej jakości produktów Volkswagena, to znam też jego ceny i wiem, jak one odstraszają, jeżeli się je porówna z cenami konkurencji. A Ty chcesz kupić vana na 7 miejsc. Możesz kupić Sharana lub Tourana. Ale najtańszy Touran w dieslu to wydatek 83 tysięcy złotych. Za Sharana TDI zapłaciłbyś 110 tysięcy.

Widzę Twoją minę. Wszak od tych cen dopiero zaczynamy, w wersjach podstawowych, a gdzie tu dodatkowe wyposażenie? Ale nie bój się. Przybywam z odsieczą. Samochody rodzinne produkuje bowiem także Chevrolet. Przed Tobą zatem Orlando – piękny van, który w standardzie ma 7 siedzeń, klimę, radio mp3, a bezpieczeństwo Ci zapewni dzięki sześciu poduszkom powietrznym, a także systemom ABS i ESC. Wszystko to bez żadnych dopłat. Cena diesla 2.0 o mocy 130 KM, z ręczną skrzynią biegów, to 72 tysiące zł (możesz też zdecydować się na benzynę 1.8, 141 KM, wtedy za auto zapłacisz 12 tysięcy mniej). Teraz spójrz na to auto i spróbuj znaleźć sposób, by powiedzieć, że nie jest śliczne:

Czytaj dalej

Otagowane , , ,

Gmail Ci zamula? Przełącz na widok html!

Witajcie. Dziś nie będzie o samochodach, tylko o gmailu. Ale na początek pokażę Wam jak według mnie wygląda idealna zima. :)

Znaleziono przez google na http://www.vanagonblog.com/

Znaleziono przez google na vanagonblog.com

Wracając zatem do głównego wątku – otóż posiadam stary komputer, który zamula już wtedy, gdy musi odtworzyć filmik na youtube przy otwartych kilku innych kartach firefoxa. Sama poczta gmail też nie chodziła płynnie, kilka chwil zajmowało zarówno załadowanie widoku listy wiadomości, jak i konkretnego maila. Miałem chyba włączony jakiś motyw, więc wróciłem do domyślnego, ale to w niczym nie pomogło. Nadal ładowało się zbyt długo jak dla mnie. Jednak po prawej stronie na dole na ekranie ładowania (zaraz po wpisaniu danych logowania i wciśnięciu [enter]) była opcja włączenia podstawowego widoku HTML. Czyli żadnego flasha ani innych cudów, tylko prosty standardowy widok. Kliknąłem tę opcję. Czytaj dalej

Ukochane lata 90…

Przypadki w życiu to rzecz piękna.

Przed otagowaniem i doprowadzeniem do porządku mojego filmika na youtube wszedłem na filmik “Bliskie Spotkania z Samochodami cz.14″ – był w powiązanych, po prawej stronie. Muzyka (disco-polo) przypomniała mi moje dziecięce lata, w których aut z takich filmików było na drogach więcej, a ja po odgłosach silnika potrafiłem poznać prawie wszystkie polskie samochody. :D

Omawiany filmik – jak widać po nazwie – należy do serii o tym samym tytule. Kilka takich serii ze starymi samochodami, czy to w świetnej formie, czy też kończących żywot, robi i wrzuca na youtube Nysiarz9 <– po kliknięciu przejdziecie na jego kanał, gdzie znajdziecie wszystkie materiały. Fotki robił własnoręcznie, nigdzie indziej ich nie znajdziecie (czyli również exclusive :D).

Świetnie, że ktoś to robi. Niby banał, ot zdjęcia starych aut i muzyka “z remizy”, a jednak świetnie się mi to ogląda i słucha (!). Chociaż – jeśli mogę powiedzieć słówko o muzyce – wolałbym słuchać tych piosenek bez znajomości polskiego. Bo o ile podkład, akordy i melodia mi pasują, to treść jest jakaś taka… No, ale – poniżej macie ten filmik, szczerze polecam miłośnikom starych aut, znajdziecie na nim także Transportera T3. :)

Piąteczka i pozdro dla Bartłomieja – właściciela kanału!

Otagowane , , , , , ,