All heil VOLKSWAGEN! A tak serio to nie… :(

Co te samochody dla niezainteresowanych motoryzacją, to ja nawet nie… Ale od początku. Są samochody z charakterem. I są takie, które służą tylko do przemieszczania się z punktu A do B. No i o tych drugich dziś będzie. Przez jakiś krótki czas byłem szczęśliwym posiadaczem peugeota 205 z zatartą tylną belką. Dla niewtajemniczonych powiem, że skutkowało to brakiem amortyzacji w jednym z tylnych kół. Jedyna amortyzacja na prawym tylnym wahaczu była realizowana przez OPONĘ kuźwa. Wahacz się w ogóle nie ruszał. Koszt naprawy wynosił około tysiąca złotych, czyli dwie trzecie najniższej krajowej na owe czasy. Dodam, że auto kupiłem za 400 zł. Oczywiście właściciel przy sprzedaży udał głupka i powiedział, że tam jest amortyzator do wymiany. A ja, głupek, uwierzyłem, bo nigdy nie miałem jeszcze francuskiego gówna. Teraz już wiem dlaczego.

Peugeot 205. Silnik benzynowy 1.1. Sprawował się fajnie, to auto było wygodne, w miarę jechało i nie było dopierdolone w środku i na zewnątrz, jak to jest z autami marki VW na polskim rynku. Bo prawdziwy Polak wie, że w GOLFIE W DIESLU to nawet oleju nie trzeba zmieniać. Taki dobry samochód. No i byłem zadowolony z peżo, dopóki się nie dowiedziałem, ile kosztowałaby naprawa tylnego zawieszenia. Ale mniejsza z tym, belka skrętna to podobno ogólnie super rozwiązanie, tylko nie na nasze drogi. Bardziej zdziwiło mnie coś innego w tym samochodzie. Otóż wyobraźcie sobie, że ktoś to auto projektował. Ktoś zaprojektował zegary, czyli to miejsce, gdzie widać z jaką prędkością jedziemy, ile pozostało paliwa, widać kontrolki od oleju i akumulatora, widać też temperaturę silnika… Ale czekaj… Zaraz… W dwieściepiątce nie znaleziono miejsca na wskaźnik temperatury cieczy chłodzącej (krytycznie ważne np. w korku, w mieście, czyli w miejscu, do którego małe auto się właśnie docelowo produkuje). Zamiast tego, patrząc na zegary widzisz duży i wyraźny napis PEUGEOT. Żebyś wiedział, co powiedzieć mechanikowi, jak przez telefon będziesz mu relacjonował zagotowanie się silnika. Ten za to od razu będzie wiedział, że cennik naprawy należy pomnożyć razy półtora. Bo przecież nikt, kto wie COKOLWIEK o motoryzacji, nie kupiłby sobie TAKIEGO ŚCIERWA. Więc można kasować jak za zboże. Peugeot 205. Niby taka fajna a’la rajdówka, a nie podaje tak podstawowych informacji dla RAJDERA XD.

Dobra. Przedwczoraj kupiłem sobie następny samochód, który zdecydowanie nie jest przeznaczony dla osób ceniących w samochodzie jego „charakter”. Jest to auto, z którego zawsze się śmiałem i zawsze uważałem za złom. Trafił się okazyjnie, za niewielkie pieniądze, niezgnity! Hatchback z lat 90, z najsłabszym oferowanym silnikiem – 1.1 benzyna, 55 koni. Fiat PUNTO!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!11111111111111 Kupiłem go taniej, niż sprzedałem golfa 3, a prowadzi się o niebo lepiej. Kierownicą kręci się lekko, w środku czysto i schludnie, tapicerka nieponiszczona, wsiada się wygodnie i nie siedzi się na samej ziemi. Jestem z auta zachwycony. Do wymiany amortyzatory i prawdopodobnie uszczelka pod klawiaturą, bo olejem cały zarzygany silnik. No i dziś go umyłem, jutro zobaczę czy to serio ta uszczelka puszcza. W golfie trójce 1.9d taka uszczelka kosztowała 52 złote. Do fiata punto ceny są inne – kupiłem ją w tym samym sklepie za JEBANE OSIEM ZŁOTYCH. Rozumiecie to? Mając golfa i 50 zł na weekend raczej się człowiek zdecyduje na flaszkę, popitę i czipsy. Szkoda kasy na głupią uszczelkę. We fiacie punto za 52 złote przeprowadzić można generalny remont silnika.

Kiedy zaczynałem pisać tu o motoryzacji, byłem radykałem. Coś jak ciapak krzyczący allahu akbar, tyle że ja krzyczałem VOLKSWAGEN PO WSZE CZASY. I gdybym miał turban z logo VW, to bym go dumnie na deklu nosił. Jakże mało wiedziałem wtedy o motoryzacji. Fiat punto, tak jak peżo 205, nie ma wskaźnika temperatury. Dla mnie abstrakcja. Zwłaszcza w starym rumplu, gdzie trzeba tego raczej pilnować. Bo potem koszt naprawy przekroczy wartość samochodu, a nie po to się kupuje auto za pół wypłaty, żeby w niego włożyć drugie pół. Ale okazuje się, że i punto może dawać radość z jazdy (sam nie wierzę, że to piszę; w tym momencie większość moich wiernych czytelników – jakieś 2 osoby, w tym ja – przestały czytać).

Najmocniejszy silnik z seicento – czterocylindrowe 1.1 – wsadzono do auta o klasę większego, gdzie stało się podstawową jednostką. W najtańszej wersji. Słabszego silnika w punto nie było. A mimo to cieszę się, że kupiłem to auto. Wiesz dlaczego? Bo jak jadę sto na godzinę, to wiem, że jadę sto na godzinę. Mówią mi o tym wszystkie zmysły. Delikatnie dziurawy tłumik – buczący pod obciążeniem – krzyczy, że to nie prędkość do miasta (mimo, że jadę poza zabudowanym). Nerwowy przy tej prędkości układ kierowniczy daje moim dłoniom do zrozumienia, że nie został dostosowany do jazdy po polskich chujowych drogach. Mimo to gaz w podłodze. Przecież potrafię jeździć. Miałem golfa 3 w dieslu, więc wiem, co to sportowa jazda samochodem. Zbyt wąskie opony nie pozwalają wchodzić zbyt szybko w zakręt, ale może dzięki temu się nie zabiję za szybko, bo wcześniej trochę zwolnię. Brak wskaźnika temperatury wyraźnie sygnalizuje, że to nie BMW. To niiiiiic! Skoro nie widzę, że się zaczyna przegrzewać, to znaczy, że temperatura w normie. Brak sprzeciwu oznacza zgodę. Gaz w podłodze. Słabe światła przypominają, że to dziadkowóz. A dziadek przecież w nocy nie jeździ. Ale ja mam przecież dobry wzrok. Co się może stać?

2017-09-06 10.09.18

Mówię Ci, najlepsze auta to rumple kupione okazyjnie za niewielkie pieniądze. Auta, od których nie oczekujesz nic, bo wiesz, że nie mają nic do zaoferowania. A potem się miło zaskakujesz, że jednak taki rumpel potrafił wywołać uśmiech na Twojej pryszczatej mordce. A jak się rozleci, to zero spiny – przecież kosztowało niewiele, więc nie oczekiwałeś od niego nic ponad to, że BĘDZIE.

A w międzyczasie już prawie zrobiłem prawo jazdy na tiry, został tylko egzamin na przyczepę i wreszcie będę mógł sobie pozwolić na coś lepszego, niż auta za tysiąc złotych. Tylko czy naprawdę potrzeba nam czegokolwiek więcej?

Reklamy

Koń Ecwałd prawi. Uczy i bawi. #1

Gdybym miał otworzyć firmę i zatrudnić ludzi, WSTYD by mi było oferować najniższą krajową. A obecnie firmom nie dość, że nie wstyd, to jeszcze piszą w chuj wymagań, mile widziane języki obce, mile widziane wykształcenie wyższe, mile widziane doświadczenie w składaniu kartonów, lizanie przełożonych po dupie (warunek konieczny).
No tak, bo człowiek po studiach i z doświadczeniem szuka przecież chujowej pracy za 1300-1400 zł na rękę. Ale i tak najlepsze są oferty typowo śmieciowe (zatrudnię ochroniarza z orzeczeniem, pracownika do wykładania towaru, itp), gdzie przyjmuje się i tak byle kogo, a w ogłoszeniu powieszonym na szybie sklepu piszą „Proszę składać CV w punkcie informacji”. CV? Może jeszcze list motywacyjny napisać, że zawsze marzyłem, żeby być ochroniarzem w je*banym tesco za 5,50 zł za godzinę? BRUTTO!

Brzydzę się polskim rynkiem pracy i polskimi pracodawcami. Trafić na normalnego szefa graniczy z cudem. Takiego, do którego przyjdziesz, powiesz „chcę pracować”, a on po 5 minutach rozmowy stwierdzi, czy masz zostawiać swój numer, czy raczej nie.
Już nawet nie chodzi o to, czy zapłaci na początku za przyuczenie. Tylko o to, że przed wieloma trzeba się płaszczyć, żeby w ogóle z Tobą zaczęli rozmawiać, czy Cię zatrudnią za najniższą krajową. A najbardziej mnie wkurwia bydło, które za te pieniądze idzie do pracy. Pamiętaj Polaku, jeśli pracujesz na pełen etat za 1400 zł miesięcznie, toś chuj złamany. Psujesz rynek pracy, pokazujesz korporacjom że można nas je*bać, pośrednio zmuszasz też wielu innych szarych zjadaczy chleba do pracy za głodowe stawki. Jak byłem na rozmowie w Gdyni („poważne stanowisko”, wideorozmowa z dyrektorem z Warszawy), zaczęło się od tego, czy 2000 zł które zaznaczyłem w aplikacji jako minimum, czy to naprawdę moje minimum. Ostatecznie kazali mi stwierdzić, ile muszę dostać żeby była rozmowa. Jak powiedziałem że 2500, bo dojazdy (albo mieszkanie w Trójmieście), poza tym na Gdynię i ogólnopolską firmę kolejową to wcale nie tak dużo, to po 2 tygodniach dostałem odpowiedź mailem, że nie spełniam ich wymagań. To mogli dopisać w wymaganiach: MILE WIDZIANE INNE ŹRÓDŁO DOCHODU, BO TU SIĘ NIE DOROBISZ, CHYBA ŻE GARBA. Ty nie masz wymagać, od wymagań jest szefostwo/zarząd. Ty masz napierdalać łopatą, żeby napełniać im tłuste brzuchy i opłacać im dekoratorów wnętrz. No i wakacje za granicą 2 razy w roku (warunek konieczny).
DZIADY. Polskie dziady.

Rozmowa o podwyżce zaczyna się w momencie, kiedy chcesz się zwolnić. I nie wtedy, kiedy zagrozisz wypowiedzeniem, ale dopiero, gdy je fizycznie położysz na biurku szefa. Nagle się frajer budzi z letargu i dociera do niego, że może faktycznie warto dorzucić coś swojemu Sancho Pansie za odwalanie całej roboty za niego. Jeśli tego nie zrobisz, przy rozmowie o pieniądzach będzie Cię zbywał i zasłaniał się kryzysem, rentownością firmy, itp. Tylko że jak ktoś już składa wypowiedzenie, to zazwyczaj faktycznie chce się zwolnić bo ma dość, i ciężko zmienić to dorzucając 2 stówy do pensji. Ja na przykład przy decyzji o zwolnieniu się nie kieruję się wyłącznie pensją. Jak dojdzie do impulsu, który w końcu mówi „Dość, Piotr, spierdalamy stąd”, to od razu pojawiają się inne argumenty, jak na przykład: rodzaj wykonywanej pracy, stosunek współpracowników do mnie i do wykonywanych obowiązków, chęć zmiany, chęć poznania czegoś nowego. Ciężko nagle je wyrzucić z głowy tylko dlatego, że od przyszłego miesiąca za tkwienie w tym gównie dostanę 2 stówy więcej.

Dlaczego ze wszystkich pracodawców, których miałem, najlepszy okazał się człowiek rok młodszy ode mnie, który zatrudnił mnie przez przypadek, bo miałem na 3 godziny zastąpić pracującego tam kolegę? Zostałem wtedy do końca dnia, następnego dnia znów przyszedłem, i jakoś tak zostałem na dłużej. Warunki płacowe jasno określone (płatne zawsze na czas), wymagania bardzo niewielkie (zależy kto co lubi w sumie), szef, który liczy się ze zdaniem pracowników, szanuje ich i stara się rozwiązywać powstałe problemy. Człowiek, z którym można się pośmiać, pożartować, on wie, że może polegać na mnie, a ja wiem, że mogę polegać na nim. Nie musiałem składać CV, przed nikim się płaszczyć, zostałem od początku potraktowany jak równy z równym.

Inna sprawa, że gdybym miał wylane na tę pracę i nie przykładał się do tego, co robię, to bym na pewno nie był tak dobrze traktowany przez cały czas. Ale w Szwajcarii i Austrii też zapierdalałem jak mogłem, nie ociągałem się, byłem rzetelny w tym co robiłem, mimo tego, że musiałem się wszystkiego prawie uczyć od zera. Starałem się naprawdę bardzo mocno. Jakoś tam stary poniemiecki chuj nie potrafił tego docenić. Dlatego jak zobaczyłem swoją wypłatę (która nie była na początku ustalona, miała być określona na podstawie mojej pracy), to tego samego wieczora się spakowałem, a na drugi dzień rano wyszedłem na pociąg, i 24 godziny później byłem w domu. Nie będę sobie żył wypruwał na jakiegoś dziada, który nie potrafi tego docenić.

A tak poza tym, omegę naprawiłem. Jakoś tak wyszło. Wymiana uszczelki pod głowicą, planowanie głowicy, wymiana uszczelki pod kolektorem wydechowym i pod klawiaturą, wymiana termostatu – 900 zł. Jazda autem, które się nie gotuje – bezcenne. Następna rzecz, to najprawdopodobniej poliuretany do przedniego zawieszenia. Bo na poprzednich tulejach pojeździłem trochę ponad miesiąc i znów zaczęły tłuc. Pod koniec miesiąca wychodzi przegląd i ubezpieczalnia. Składka OC wzrosła mi z 750 do 911 zł. Tragedii w sumie nie ma. Po odpoczynku od opla i przejechaniu passatem dobrych kilku tysięcy kilometrów (w okolicach dziesięciu) fajnie było się znów przesiąść do automata, w którym wspomaganie pięknie chodzi, a przy stu na godzinę można wcisnąć gaz w podłogę i bez problemu wyprzedzać, bo sprawna dwulitrowa benzyna jakoś tę budę odpycha do przodu.
No i to tyle, drodzy Państwo. Kto dotrwał do końca, to w razie czego zwrócę mu za onkologię. W tym celu proszę wysłać CV i list motywacyjny na mój adres: samochodylat80 [szympans] gmail.com . Proszę o zawarcie zgody na przetwarzanie danych osobowych i zgodę na sprzedaż tych danych bankom (warunek konieczny). Mile widziane doświadczenie.

Pozdrawiam,
Piotr Wiśniewski.

Kiedyś 1.6D to był szał…

Dlaczego człowiek tak zajarany motoryzacją jak ja kupuje sobie opla? Przecież to marka samochodów stworzona dla ludzi, których motoryzacja nie interesuje, a chcą się jedynie przemieścić z punktu A do B.

Boże, jaki opel jest chujowy. Dlaczego dwulitrowy czterocylindrowiec musi brzmieć tak beznadziejnie? Czemu głupia almera 1.5 potrafi rasowo zaryczeć przy wyższych obrotach, a oplowski, większy o PÓŁ LITRA silnik brzmi tak, że chciałoby się go jak najbardziej wyciszyć? Normalnie wstyd. Co ciekawe, Niemcy POTRAFIĄ zrobić dobrze brzmiące 4 cylindry. Dowodem jest mercedesowskie 2.3, benzynowy silnik montowany na przykład w 190-tce. Jest to oczywiście starsza konstrukcja niż oplowski ecotec, ośmiozaworowa, większa o 0,3 litra, ma 2 zawory na cylinder (oplowski – 4), no i przede wszystkim nie ma tylu głupich systemów „optymalizujących” emisję spalin. Ot, zwykły normalny czterocylindrowiec. Brzmi świetnie. Cicho mruczy, wciska w fotel, tylko ze spalaniem nie ma takiej przewidywalności jak w omedze.

Z tego co zauważyłem japońskie samochody Z REGUŁY brzmią rasowo. Tam nie musi być sześciu cylindrów, żeby poczuć ciaśniejące spodnie po przegazówce. Zwykły standardowy 1.6 w subaru imprezie robi robotę. Bulgocze tak przyjemnie… I oczywiście, wiem, że to nie rzędowa czwórka, a bokser, no ale jednak jest to dowód na to, że wielkość silnika nie musi przesądzać jego brzmienia.

Dalej. Omega nie jest autem, które czujesz. Omega jest autem, którym po prostu jedziesz. Jest wygodnie, fajnie, jest trochę ociężała, ale komfortowa. Ale kurde, to auto z 99 roku. A o wiele lepiej czułem podczas jazdy passata b2 z lat 80. Tam wszystko było wyraźne. Nie było wspomagania kierownicy, bo nie było potrzebne, silnik 1.6 D, jechał wystarczająco dobrze. Wszędzie można było wjechać, bo nie leżał nisko na ziemi jak omega. No i okej, też nie jest to samochód dla pasjonata wyścigów. Ale dla mnie to wzór jeśli chodzi o auta. Największy model osobowy Volkswagena z tamtych lat, a był lekki, zwinny, dynamiczny I WYGODNY. Ponadczasowa linia karoserii tego kombi do tej pory wygląda doskonale. Niby Opel Ascona (jego konkurent z tamtych lat) też jest ładny, bo jest, naprawdę mi się podoba, zwłaszcza hatchback, ale… jednak czegoś tam brakuje. W Passacie B2 już nie trzeba nic poprawiać. A o Asconie można powiedzieć, że „jest ładna, ALE…”.

Dawno nie jeździłem niczym nowym. Dam znać, jak kupię kolejnego złoma za chujowe piniondze. Już się nie mogę doczekać…

A na koniec piosenka.

Koń przemawia #4. Jak najlepiej zainwestować pieniądze?

Po wieloletnich badaniach polscy naukowcy doszli do wniosku, że najlepsze, co możesz zrobić z uzbieranymi pieniędzmi, to… je WYDAĆ. To znaczy… Mówiąc „polscy naukowcy” miałem na myśli siebie samego, a mówiąc „wieloletnie badania” miałem na myśli moje całe życie pełne przemyśleń. Od niedawna rozwożę pizzę i powiem Wam, że nigdy bym nie pomyślał, że to zajęcie może być tak bardzo satysfakcjonujące. Jest sobie zespół młodych, zajebistych ludzi, oni ogarniają restaurację, przygotowują pizzę do wyjazdu, a ja ją zabieram do torby, wbijam adres w nawigację i jadę. Chociaż po dwóch tygodniach już coraz rzadziej muszę się wspierać mapą. Ale wrócimy do tego. Chciałem powiedzieć o czymś ważniejszym. Po raz kolejny przekonałem się, że nie ważne CO robisz, nie ważne gdzie pracujesz, ważne Z KIM. Bo jak masz fajnego szefa i fajnych współpracowników, to nawet kopanie rowów może być fajnym zajęciem. A jak szef jest chujowy, a ludzie, z którymi pracujesz to banda debili, to nawet 20 zł za godzinę nie będzie satysfakcjonujące.

Dawno, dawno temu usłyszałem pojęcie „antykariery”. Oznacza to takie życie, gdzie nie pniesz się coraz wyżej po szczeblach w firmie, nie dostajesz co chwila awansów, nie musisz się o nie starać, bo jest ci dobrze tam, gdzie akurat jesteś. I wtedy jesteś szczęśliwy, bo nie rosną ci co chwile wymagania, pensja, ani potrzeby. Żyjesz sobie spokojnym życiem, robisz to, co lubisz, jeszcze ci płacą za to, a życie jest wolne od stresu. Jest to tak jakby ucieczka z wyścigu szczurów. Tak jakbyś biegł ze szczurami, ścigał się z nimi, a w pewnym momencie zadał sobie pytanie „ale po ch*j to wszystko?”. Zatrzymujesz się, stajesz z boku i wtedy dostrzegasz, że oni są tak zapatrzeni w cel, że nie widzą cudownego życia, które je otacza. Że oni mijają tyle czekających na nich szans, nawet ich nie dostrzegając. Kładziesz się na leżaku, sączysz drinka i cieszysz się życiem. A oni biegną, ciągle biegną, w nadziei że osiągną to coś, co im pokazano na ekranie. Na końcu osiąga to i tak jeden na sto, a reszta umiera nie mając nic. Bo czymże jest wypasiona chata, kilka fajnych samochodów i comiesięczny gruby hajs, jeśli nie masz go z kim dzielić? Po co ci ta grupa nowych znajomych, skoro interesujesz ich tylko dlatego, że masz marmury w domu i basen na podwórku? Tak jak w zasadzie Pareta – wykonując 20% tego co najlepszy szczur (:D) możesz osiągnąć 80% tego, co on osiągnął. Oczywiście musisz wybrać odpowiednie 20 procent. Ale nie trzeba mieć samochodu za sto tysięcy. Auto o wiele tańsze spełni swoją rolę tak samo. No chyba, że zależy Ci na szpanowaniu chromowanymi 19-calowymi felgami, sprzętem car audio za kilka tysięcy, błyszczącym perłowym lakierem i otwieranym dachem. Ale w takim wypadku jesteś jednym ze szczurów, które po to biegną, nie mając żadnej gwarancji. (Wtedy ten blog nie jest do Ciebie skierowany i nie znajdziesz tu nic dla siebie.) A przecież stary opel w gazie też dowiezie Cię nad morze. Bez wielu tysięcy na koncie też prześpisz się w jakimś hoteliku. A że nie będzie w nim złotych klamek, klimatyzacji w pokoju i dżakuzi w łazience? Co z tego. Na końcu i tak liczy się czas, który spędzisz poza domem, chwile, które przeżyjesz, emocje, których doznasz, a nie to, czy na grillu ze znajomymi jadłeś złotym widelcem, czy plastikowym. Czy na grilla pojechałeś furą za kilkaset tysięcy, czy starym golfem.

A tak w ogóle, to już drugi raz pojechałem na rozmowę kwalifikacyjną do dużej kolejowej firmy, by się dowiedzieć (2 tygodnie po rozmowie, drogą mailową), że nie spełniam wymagań kwalifikacyjnych na to stanowisko. Te osły nawet nie zadały sobie trudu sprawdzenia mojego CV. Rozmowa trwała 45 minut, w formie wideokonferencji, z dyrektorem z Warszawy i naczelnikiem, który byłby moim bezpośrednim przełożonym. I to było według nich odpowiedzialne stanowisko, na które chcą wziąć kogoś, kto rzetelnie będzie wykonywał swoje obowiązki, musieli zająć tyle czasu dyrektorowi, naczelnikowi i kobiecie z kadr, a jak doszło do zarobków (w których w aplikacji zaznaczyłem minimum „2000 brutto”), to się zapytali czy to jest na pewno moje minimum, czy możemy jeszcze o tym porozmawiać. No k*rwa to może ja w wolontariacie przyjdę? Codziennie będę jeździł (2 godziny w jedną stronę) do Gdyni, wykonywał ODPOWIEDZIALNĄ PRACĘ przez 8 godzin, po czym znów 2 godziny przeznaczę na powrót, i po całym miesiącu moją motywacją do dalszej pracy będzie to, że oni w ogóle zechcieli mnie przyjąć. Ja pi*rdolę, co się dzieje z tą Polską. Co za głąby. Ale jakie zamieszanie, rekrutacja przez internet, telefon z odpowiedzią, że będzie WIDEOKONFERENCJA Z WARSZAWĄ, odpowiedzialne stanowisko, rozmowa z dyrektorem, po czym kobieta się pyta czy te 2000 brutto to na pewno moje minimum, czy możemy jeszcze o tym podyskutować. To już lepiej mnie potraktował koleś w salonie samochodowym, gdzie zaproponował 1500 zł na rękę na początek, jeśli się sprawdzę to po 4 miesiącach 1800 zł na rękę (i od samego początku od zera do max 500 zł premii miesięcznej, wedle uznania szefa). Po czym powiedziałem, że przykro mi ale mi się po prostu by nie opłacało tam jeździć, bo na same bilety miesięczne wydałbym 400 zł. Na co odpowiedział, że rozumie to i uznaliśmy, że to może nie są najmniejsze pieniądze, ale po prostu musi przyjść ktoś lokalny, wtedy będzie się mu opłacało. Podziękowaliśmy sobie i rozeszliśmy każdy w swoją stronę. Można? Można. Ale nie, trzeba się płaszczyć przed wielką państwową firmą i błagać ich, żeby przyjęli Cię do pracy fizycznej za najniższą krajową. I odpowiedz takim ludziom na pytanie „dlaczego powinniśmy wybrać właśnie pana?”.

– Bo będę wierny jak pies, nawet nadgodziny zrobię za darmo, tylko dajcie popracować, bo tęskno mi kurwa do łopaty!

Osły.

No. Ból dupy wylany do internetu, to mogę sobie żyć spokojnie dalej.

Ale wracając do rozwożenia pizzy. Najgorsze w tym wszystkim jest… A raczej są… niedzielni kierowcy. Ruch uliczny pełen ludzi, którzy nie myślą za kółkiem. To jest gorsze nawet od ludzi, którzy marudzą, że długo czekali na pizzę, chociaż przy zamawianiu im się mówi, że będą czekać ponad godzinę. Nie wiem jak to jest trudno niektórym pojąć, że jak jest duży ruch, to się pewnych rzeczy nie przeskoczy i koniec. Szef kuchni robi jedną pizzę na raz, tak jak TY robisz jedną pracę w danym czasie. Do pieca nie wejdzie na raz 10 pizz. A przed Tobą zamówiło jedzenie już parę osób, więc musisz swoje CHAMIE odczekać. Nie pasuje, to nie zamawiaj. No ale oczywiście takiego durnia trzeba przeprosić i zawsze wyjaśnić, dlaczego czekał tak długo. A na co dzień są TYLKO DWIE OPCJE: 1. Dużo zamówień. 2. Korki w mieście. Z czego najczęstsza jest ta pierwsza. Ewentualnie, raz na jakiś czas, może się też zdarzyć wypadek losowy. Różnie w życiu bywa. Ale taki człowiek myśli inaczej: PEWNIE KIEROWCA SPECJALNIE DŁUGO JECHAŁ.

No dobra, wracając do tytułowego tematu. Jak najlepiej zainwestować 5, 10, 20 tysięcy złotych? (uwaga – będzie sarkazm) Kup sobie telewizor tak wielki, żebyś miał problemy z wniesieniem go na trzecie piętro, i zrób to w takich godzinach, żeby wszyscy sąsiedzi to widzieli. (koniec sarkazmu) A jeśli wyszedłeś już z wyścigu szczurów – POJEDŹ GDZIEŚ. Twórz wspomnienia. Milej się wspomina wakacje za granicą niż KUPNO NOWEGO TV. Koszty są podobne, a za 20 lat i tak tego ekranu nikt nie będzie pamiętać. Wiadomo, że fajnie mieć telewizor, od czasu do czasu obejrzeć film, serial, może jakiś ciekawy program na discovery… Ale 32 cale do tego wystarczą, nie musisz mieć ich 55. Pomijam już nawet fakt, że ludzie żyją bez telewizora i też się świetnie mają.

Chociaż z drugiej strony… Wiesz co? Rób co chcesz, kup se TV, płać za noc w hotelu 1200 zł, bo to apartament, zbieraj całe życie na super furę klasy premium, nic mi do tego. Bylebyśmy nie musieli ze sobą rozmawiać, bo nie będziemy mieli nawet o czym. Kupuj kapcie za 499 zł tylko dlatego, że jest na nich krokodylek. Czekaj na swoją dziewczynę 3 godziny przed wyjściem na imprezę, bo przecież ona nie może się pokazać niedoskonała, nażeluj sobie włosy, zadbaj o to, żeby wszyscy mieli Cię za człowieka sukcesu, a ja wykąpię się w rzece i wsiądę do swojego starego busa z łóżkiem w środku, wyciągnę leżak, rozłożę się i będę sobie słuchał szumu płynącej wody. Siedząc w spodenkach z lupmeksu i pijąc kadarkę za 10 zł. I nie będę się przejmował tym, czy ktoś na mnie patrzy i widzi MOJĄ BIEDĘ. Niech myśli co chce, dopóki ja się dobrze czuję z moim życiem, to wszystko jest okej. Czego i Wam, czytelnicy życzę. :D

Piotr Wiśniewski.

Koń przemawia #3. To jest właśnie takie „NIBY”

Opel omega wywołuje we mnie mieszane uczucia. Rano nienawidzę go za bycie GÓWNEM, bo ma masę tzw. wad wrodzonych (czyli elementów, które się psują w KAŻDYM PIER*OLONYM EGZEMPLARZU, o czym jest na forach milion tematów), by wieczorem wygodnie wracając ze Sztumu uznać, że ten samochód będzie u mnie jeździł tak długo, aż go oddam na złom. Jedno jest pewne – drugi raz nie wydam tyle kasy na OPLA. Fakt, wygodne auto, w miarę nowoczesne, ładne, komfortowe. Ale kiedy miałem mercedesa w124, kupionego okazyjnie od brata za 2000 zł (pozdro Michu :D), wiedziałem że mogę w niego wsiąść i jechać na koniec świata CHOĆBY DZIŚ. Muszę mieć tylko kasę na paliwo. W omedze niby* też nic nie powinno się posypać, bo jest dość toporna, ale jednak nie daje tego komfortu psychicznego, takiej beztroski podczas jazdy, jaką dawał merc. Ciągle się martwię, że ten RZĘCH się rozsypie.

// * – Ale „to jest właśnie takie NIBY”, jak to mawiamy z bratem.

Wracając jednak do balerona – wiadomo, że to najlepsze obecnie dostępne auto pod tym względem. Za jego kierownicą nie martwi się człowiek O NIC. Ale jak go w końcu kupię, to będzie mi brakowało takich pierdół jak klima, elektryczne szyby, czy choćby sterowanie radiem z kierownicy… (To niby tylko małe udogodnienie, ale do dobrego człowiek się szybko przyzwyczaja :p). Bo o ile można znaleźć merca z elektryką i klimą (a nawet z webastem, czego – nawiasem mówiąc – w omegach zabrakło), to ceny takich egzemplarzy są wyższe, a nadal będą to tylko bajery, które w 30 letnim aucie mają już prawo nie działać do końca sprawnie. Jednak rezygnując z bajerów w zamian dostanę auto z silnikiem diesla, który mało pali i jest bezawaryjny. Do tego komfort, PRESTIŻ :D, DUPECZKI HEHE, gwiazda na masce, no i beztroskę podczas prowadzenia. A i bokiem poleci nie gorzej niż omega (sprawdzone doświadczalnie). Wszędzie wjedzie, wszystko zniesie, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję… :D Baleron to auto wierne jak pies. Najlepszy przyjaciel człowieka.

Ostatnio wymieniałem tuleje przednich wahaczy w oplu. W przydomowym warsztacie kolegi mojego taty. Nie miał zbytnio czasu, więc zadeklarowałem, że będę robił wszystko sam, najwyżej nieraz go o coś zapytam i mi pomoże wybić stare tuleje i wcisnąć nowe. Jakże mało wiedziałem o życiu w tamtym momencie… Gdybym NAPRAWDĘ został z tym wszystkim sam, to mógłbym tylko siąść i płakać. Wyjąć wahacze jeszcze nie jest tak trudno. Ot, odkręcić trzy śruby. Trochę pomyślunku, trochę sprytu, trochę siły fizycznej :p i jakoś poszło. Do jednej śruby był utrudniony dostęp, więc poradziłem się fachowca którego klucza najlepiej użyć. Ok, wahacz wyjęty. Teraz tylko chwila, wybić stare, wcisnąć nowe… Taaaa… Dwie osoby i 15-20 minut ostrego napieprzania młotkiem i przecinakiem. Na jedną tuleję. Jasne, że można to było zrobić łatwiej. Ale nieraz brakuje jednego narzędzia i cały sposób daje w łeb. Takiej mechaniki pojazdowej nie lubię. Jeśli trzeba wykręcić jedną część i przykręcić nową, to spoko. Najlepiej jak jest łatwy dostęp, albo przynajmniej względnie łatwy. Diagnozowanie usterek też jest ciekawe. Ale wybijanie tych tulei to było kurwa KOWALSTWO. A ja durny chciałem się za to zabrać z moim dobrym kolegą Maćkiem, pod moim domem. Bez podnośnika, bez prasy, bez odpowiednich narzędzi… Dramat. Cztery tuleje, cztery godziny pracy.

2016-04-04_13.07.20

„Patrzcie, ja pracuję! Czy wszyscy widzą? Weź niech będzie widać że mam brudne ręce…” :D

Podejrzewam że zwykły mechanik mając wszystkie narzędzia zrobiłby to w półtora godziny. Nawet satysfakcja mi nie została, bo nie poszło mi to wcale sprawnie, gubiłem się, a bez pomocy kolegi mojego taty nic bym nie zrobił. Wyjąłbym najwyżej wahacz. No, ale przynajmniej teraz wiem z czym to się je, i że następnym razem będę wolał komuś zapłacić i niech on to sam robi :D. Myślałem, że mój genialny mózg i pozostałości po mięśniach zyskanych dzięki uprzejmości firmy PKP Energetyka :D wystarczą i dam radę. Niby dałem. Ale to jest właśnie takie NIBY. Stwierdziłem, że NIGDY WIĘCEJ NIE KUPIĘ OPLA. Pan Janek odpowiedział, że w VW z tulejami jest to samo. Wtedy właśnie dotarło do mnie, że nie jestem mechanikiem :D, a przynajmniej nie mechanikiem tego typu. Trudniejsze rzeczy niech zrobi fachowiec. Fakt, trzeba mu zapłacić, ale zazwyczaj on to zrobi szybciej, lepiej i wcale nie tak drogo, jak by się wydawało, biorąc pod uwagę trudność zrobienia tego pod domem. Ja żeby to zrobić drugi raz, musiałbym polubić WALENIE MŁOTEM. A mechanik – mając odpowiednie narzędzia i wiedzę – nie będzie potrzebował KURWA KUŹNI.

 

No. Poprzeklinałem sobie, wypłakałem się :D, wracamy do rzeczywistości. Posklejałem sobie połamany tzw. hokej pod lampą, taką plastikową zaślepkę. No ale jeszcze trzeba było ją pomalować na jednolity kolor, żeby nie było widać kleju. Miałem resztę czarnego SZPRAJA po malowaniu błotnika :D, więc pomalowałem oba hokeje na czarno. A skoro miałem wyjęty grill, to w nim srebrne elementy też walnąłem w ten kolor. Na początku tylko na próbę, bo mam jeszcze drugi grill, który został srebrny. Ale wygląda fajnie, więc tak zostało.

20160317_153244.jpg

Nie wiem czy wiecie, ale ta modyfikacja zwiększa liczbę koni o jeden – zostaje nim posiadacz, który wpadnie na taki pomysł. Do zobaczenia na najbliższym zlocie tuningowym! :D

Piotr Wiśniewski

Koń przemawia #2

Witam w kolejnej części Końskich mądrości.

Zacznę od razu z grubej rury. Rydzyk i jego Maybach… Ludzie gadają (w sumie temat był popularny dawno temu, ale ostatnio mi się przypomniało), że Ojciec Prowadzący Radia Maryja z rent biednych babć kupił sobie furę za kilkaset tysięcy euro. Ja nie jestem jakiś mocno wierzący, wręcz mówię o sobie że jestem WĄTPIĄCY :D, nie chodzę do kościoła, nie jestem też za PiSem, chociaż chciałbym żeby ludzie szanowali prawo i żeby panowała sprawiedliwość. Po prostu nie lubię jak ludzie powtarzają bzdury, nawet bez sprawdzenia tego samemu. Najlepsze, że na to nie ma ŻADNYCH dowodów, po prostu ktoś to zmyślił, a ludzie lubią mieć powody do zawiści, więc to kupili. Jedyne zdjęcie, które niby ma być dowodem w sprawie, jest spreparowane. I to nędznie. :D

z10782539O

Nawet się nie postarali, żeby CIEŃ pasował. Zobaczcie w którą stronę pada cień samochodu. Powinien przy nim być cień Rydzyka. Za to jego cień został namalowany pod nim, tak jakby na niego padały promienie z innego Słońca, prosto z góry na dół. Ja go nie bronię, nie uważam go bynajmniej za wzór czy autorytet, tylko po prostu obalam ten durny mit.

Ale to tak tylko słowem wstępu. Chociaż do samego Maybacha jeszcze wrócimy za chwilę. Dzisiaj podjąłem ciekawą dyskusję z redaktorami AutoInspekcji na temat wstawiania instalacji LPG do aut sportowych / z_zacięciem_sportowym. Wyśmiany został właściciel Audi A8 W12 (luksusowa limuzyna z mocnym silnikiem o dwunastu cylindrach, czyli – upraszczając – full wypas), bo ma w samochodzie gaz. A skoro go nie stać na NORMALNE paliwo, to pewnie nie stać też na porządny serwis, a przecież taki drogi samochód tego wymaga…

Otóż moi drodzy, szanuję Wasze zdanie, macie prawo tak myśleć, wiedzcie tylko, że jesteście w błędzie :D. Nie mówię że go stać na serwis. Może faktycznie go nie stać. Ale czy to coś zmienia? Przepraszam, to samochody są dla nas, czy my dla samochodów? Myślisz (jeden z drugim), że człowiek dorabia się takiej drogiej fury szastając pieniędzmi na lewo i prawo? Pakując tylko najdroższe części do samochodów, lejąc droższe paliwo, stosując uszlachetniacze do paliwa, itp? Biznesmen jest wtedy biznesmenem, jak wydaje tylko niezbędne minimum. Dlatego pracodawcy płacą najniższą krajową, głupi rachunek z kawiarni na 32,70 zł wliczają w koszty prowadzenia działalności, a naprawy w autach flotowych wykonują wtedy, kiedy bez tej naprawy auto nie przeszłoby badania technicznego. Nie wtedy, gdy coś stuka, a do przeglądu jeszcze pół roku. Wtedy stać go, żeby kupić sobie porządny samochód. Nie dziwię się więc, że do 6 litrowego audi montują LPG.

A co jeśli nie jest biznesmenem, tylko zwykłym kolesiem, który zawsze chciał mieć W12? I nagle okazało się, że w sumie ma już uzbierane pieniądze, jest do kupienia okazyjnie lekko puknięte jego wymarzone audi, po cenie z jakichś powodów mocno zaniżonej… I wie, że nie będzie go stać jeździć bez przerwy na benzynie, ale na gazie da radę. Bo koszt jazdy na gazie to będzie niecałe 60% kosztów benzyny na ten sam dystans.

Ale nie, przecież po co realizować marzenia, skoro można patrzeć jak spełnia je ktoś inny, a samemu czekać na lepsze czasy…

Powiem Wam, że gdybym był bogaty (tabu dibu dibu daj :D), gdyby mnie było stać na Maybacha, to wierzcie mi, wstawiłbym do niego LPG dla samej satysfakcji z tego, że ja jeżdżę i mnie stać, a innych ludzi bolą dupska jak widzą wlew gazu w zderzaku. Oni się ze mnie śmieją, ale to JA mam maybacha. Gdybym go miał, zaprawdę powiadam Wam, po jakiejkolwiek stłuczce pęknięty zderzak naprawiłbym TRYTKAMI. W taki sposób jak poniżej:

bumper_fix.jpg

W jeździe nie przeszkadza, a tyle wystarczy, żeby Policja (<3) nie zwracała większej uwagi. Paliłbym w nim papierosy. A za fotelem kierowcy byłby śmietnik, jak w każdej mojej furze. Kupiłbym specjalnie mniejsze stalowe felgi, żeby opony były tańsze. :D Bo fura jest dla MNIE, ona ma służyć MI, podobać się MI, to MNIE musi być na nią stać. Więc zrobię wszystko, żeby mi nic w niej nie przeszkadzało. Żebym mógł się nią cieszyć i z niej korzystać. A nie po to, żeby ludzie patrzyli na parkingu że mam super lakier, podczas gdy tuleje przednich wahaczy napie*dalają już od pół roku… Ale dobra. Wystarczy.

Dawno dawno temu, jak jeszcze miałem pracę :D (PKP Energetyka love4ever), koledzy z brygady (i w sumie nie tylko, bo też tacy zwykli koledzy :D) dziwili się, że kupowałem złomy za tysiąc złotych i sprzedawałem po kilku miesiącach. Traciłem na każdym kilka stów, to fakt. No i jeździłem autami, które miały minimum 20 lat. Zwykle były bliżej trzydziestki. Pamiętam, że mówili: „jakbyś te pieniądze odkładał to byś już mógł kupić sobie auto za kilka tysięcy”. No jasne – odpowiadałem – ale wtedy przez cały ten czas nie miałbym samochodu! Gdybym nie był samochodziarzem, mógłbym jeździć do pracy autobusem. Połączenie jakieś tam było, nawet pamiętam że autobusem wychodziło taniej gdzieś o 70-80 zł miesięcznie. No ale to po co są pieniądze, jeśli nie po to, żeby wydawać je na swoje marzenia? Choćby to był stary passat 1.6D za 1400 zł.

Dałem się przekonać jakiś czas później. Dość złomów, czas na porządne auto. Kupię raz coś lepszego i nie będę musiał wkładać w niego pieniędzy… Parę miesięcy temu policzyłem ile wydałem na to auto przez rok. Coś około 8-9 tysięcy. Nie licząc paliwa, wiadomo. Tylko kupno, rejestracja, ubezpieczenie i naprawy. Teraz jakbym chciał go sprzedać, nie wołałbym za niego więcej niż 3,5 tysiąca. I chyba nikt by tyle nie dał. Czy dużo zyskałem? Uniknąłem strat, które ponosiłem kupując złomy?

Nie.

Jedyna zmiana jest taka, że jak jadę 80-100 na godzinę, to radio gra sobie w miarę cicho, można rozmawiać bez krzyczenia, nie słychać szumów ze szczelin drzwiowych, a rano nie boję się czy odpali (chociaż brakuje trochę tego dreszczyku, więcej TUTAJ). Są elektryczne szyby, automatyczna skrzynia, sterowanie radiem z kierownicy. Bajer, bardzo wygodny. Przy prędkości autostradowej (140) nie czuję że to są ostatnie minuty życia silnika :D, a raczej jest dużo miejsca pod pedałem gazu. No i poczucie bezpieczeństwa. Kwestia niewycenialna, nawet jeśli to fałszywe poczucie.

No więc może i duża zmiana. Ale czy było warto tyle dopłacać? Za omegę zapłaciłem 4500 zł. Większość tych rzeczy zapewni tak samo omega kupiona za 2 tys. zł. Po prostu gorzej by wyglądała. A przecież moja teraz też wygląda gorzej. Swoje już ze mną przeżyła…

20160116_151425

Ale wygląd się nie liczy. Jeździ się nadal tak samo pięknie, komfortowo, gładko. Jedyne co mi w nim teraz przeszkadza, to luzy w zawieszeniu z przodu, za które muszę się w końcu wziąć. Piękne alusy sprzedałem, na stalowe koła założyłem kołpaki od mercedesa. Holowałem tym oplem sprintera, a raz nawet wyciągnąłem go z gorszego terenu. Wiozłem w nim drewno. Było to tylko raz, ale miałem złożoną kanapę i zapakowany byłem autentycznie po sam sufit. I siedziałem dramatycznie blisko kierownicy. Co prawda tylko 40 kilometrów, ale siedział bardzo nisko. Nie raz poleciałem bokiem na rondzie, chociaż automatem jest o wiele trudniej. Spałem w nim wielokrotnie. Nieraz nawet w mrozie. TO się nazywa wykorzystywać potencjał samochodu. Jest niski, ale nie powstrzymało mnie to przed wjeżdżaniem do lasu, nieraz „drogą”, którą na co dzień jeździły traktory, a więc z dużymi koleinami.

Każdej z tych rzeczy podjąłbym się nawet, gdybym miał hondę civic. Takie mam podejście do samochodów. Ma służyć MI. Nie ja jemu. W jakimś dwumiejscowym ferrari nie woziłbym drewna TYLKO dlatego, że weszłoby go po prostu za mało, żeby się opłacało je wozić. Za to trzy worki zaprawy cementowej z brico marche – z dziką radością. Dwa kartony płytek podłogowych, bo zabrakło? Już jadę! Tylko jeszcze po drodze zatankuję trochę GAZU DO FERRARI. Aaaaa… Boli dupcia co?

No to nie pakuj gazu, nie „profanuj” sobie tego supersportowego audi (btw, to nadal tylko audi), i nie kupuj go, dopóki nie będzie Cię stać na benzynę. Zanim sobie – żyjąc zgodnie z zasadami szanowania drogich samochodów – zarobisz, to Twój rówieśnik będzie już swoje audi_RS_LPG sprzedawał, bo się najeździł, przeżył wiele z tym autem, był jeszcze młody i naiwny jak je kupował, ale może już się wypowiedzieć na temat tego auta, BO JE MIAŁ. A teraz myśli nad lexusem ls400. W GAZIE.

Widzisz różnicę? Jeden marzy, drugi jeździ. Wolę być tym, który jeździ. Jasne, każdy z nas wolałby być tym, który jeździ tylko na benzynie a w garażu – czy raczej w hangarze – ma kilkadziesiąt modeli supersamochodów różnych marek i roczników. Ale dopóki nas na to nie stać, czy mamy tylko stać przed szybą_salonu/ekranem_komputera i spoglądać na te auta z cieknącą ślinką? Czy te genialne cudy samochodowej inżynierii, w latach naszej młodości, gdzie najbardziej nas emocjonują, mają być tylko głównymi bohaterami naszych mokrych nastoletnich snów?

Jeśli tak to sobie wyobrażasz, to spoko. Nikt Ci nie każe być szczęśliwym. Możesz do końca życia jeździć mondeo/a6/omegą i marzyć o porsche miłością platoniczną, bo przecież nie byłoby Cię stać na paliwo. Ale – możesz też kupić sobie to porsche i przerobić na gaz. Miałbyś i tanią jazdę, i genialny samochód. Taki wybór (i to w najlepszym wypadku!) ma większość z nas.

1189334397_DSC_0017

– Ty, patrz, ale wieśniak, zamontował lpg do swojego porsche, żeby móc się nim częściej cieszyć!

– HYHY! NO, wstyd by mi było tym jeździć. Dobra, wsiadaj do golfa, mama dała dwie dychy na wachę. HEHEHE…

Gdybyś powiedział, że źle założona (!) instalacja LPG zepsuje przyjemność z jazdy i przyczyni się do szybszego zużycia silnika, OKEJ. Ale jak mówisz PROFANACJA, to mi zajeżdża fanatyzmem. Religijnym.

„Bo oto wielki władca dróg, a imię jego Audi RS44. Na grillu ma cztery pierścienie a na piastach cztery koła. Za nim dym z opon i asfalt pod jego kołami. I przyszedł ukarać tych, którzy w ofierze składali tańsze paliwo, zamiast droższego. Rozgniewany i wzburzony niczym morze podczas sztormu przyniesie kres tej zniewadze. Teraz [już] tylko płacz i zgrzytanie zębów.”

Come on, guys. Dajcie spokój.

Ale w sumie, jakbyśmy mieli tylko takie problemy, czy montować lpg do naszych super fur, to nie byłby żaden problem. Wy byście się ze mnie śmiali, że jeżdżę na gazie jak wieśniak, a ja śmiałbym się z Was, że robię w miesiącu prawie dwa razy więcej kilometrów niż Wy, miastowi. :D Także win-win. A do tej pory możemy tylko bóldupić w internecie. :p

Piotr Wiśniewski

AutoInspekcja

// A pod TYM LINKIEM znajdziecie odpowiedź kolegi get_low_baby z AutoInspekcji.

Koń przemawia #1

Byłem chwilę za granicą. 2 tygodnie w Szwajcarii, potem tydzień w Austrii. Wróciłem do tej naszej chorej Polski jedynej. A mój weltschmerz tylko się powiększył.

Oglądając wszystko co tam było, siedząc sobie na fajce w przerwie od pracy doszedłem do wniosku, że tu nie o rządzących chodzi. To nie PO ani PiS są winni. Tam jest inna kultura, inni ludzie. Tutaj nie ma takiego wychowania. Każdy patrzy tylko na swój nos. Jeden cwaniak przez drugiego trzecim poganiany. Dziady. Na podwórkach chlew. Na drogach błoto. W głowach siano. Wieś tańczy i śpiewa.

Za kierownicą spędziłem tam też troszkę czasu. Każdy patrzy dookoła czy nikomu nie przeszkadza. Na górskiej drodze jak podjeżdża za wolno, to zatrzymuje się w zatoczce i Cię przepuści. „Share the road”. Bo nie jesteś na drodze sam.

Przyjechałem tutaj. Pierwsze wyprzedzanie w Polsce i od razu idiota mi się trafił. Zaczął przyspieszać. Było dużo miejsca i bym bez problemu wyprzedził, gdyby tamten jechał ze stałą prędkością. A z naprzeciwka jechał samochód. Ledwo się wyrobiłem. Takich ludzi od razu bym zsyłał do kamieniołomów. Ale uprzednio biczowanie. (Po namyśle stwierdzam, że jednak pałowanie, jak za czasów milicji).

Dalej. Jadę sobie przez jakąś wioskę, a tam pod sklepem chleją. Starzy, młodzi. Wiek nieważny. Chleją. Znam takich. Ojciec chleje z synem. Pod sklepem. No, ku*wa faktycznie, ale przykład dla młodego. Super, pozna życie. Bo posłucha durnych historii, jak to za komuny nic nie było, ale tatuś bohater wynosił z zakładu pracy co się dało, a potem wymieniał się z innymi, którzy mieli co innego (też kradzione). „Dzięki temu, synku, jakoś się nam wiodło. A teraz to pracy nie ma, wszystko drogie…” I ogólnie BÓL DUPY, bo ktoś nauczył się kraść lepiej, niż on. Bo on kiedyś pracując w cukrowni kradł cukier, a ten pier*olony …[tu_wstaw_nazwisko_znienawidzonego_polityka] teraz kradnie NASZE PINIENDZE Z PODATKÓW. Żebyś Ty, tumanie, nie kradł, to byś miał prawo teraz narzekać. A tak, to morda w kubeł i do roboty. Bo „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień.”

[I wziął Piotr łyk piwa. I czuł Piotr, że było dobre.]

Ile można wylewać swoje bóle w internecie? Jak się okazuje – bez końca. Zawsze się znajdzie temat. Na przykład ostatnio – oglądam sobie youtube. Trafiłem w końcu na filmik, jak młody człowiek narzeka, że po tym, jak jego kolega znalazł sobie dziewczynę, stał się dla niego niedostępny. Już nie mogą wyjść razem pić, bo nie ma kiedy. A i nie ma po co, skoro jeden już ma dziewczynę. Przecież nie pójdzie z kumplem „na dupy”, bo już ma. Następny filmik. Boli, że rodzice wcinają się do prywatnego życia, że mówią Ci nawet o której godzinie masz iść spać. Jeśli masz tego rodzaju problemy, na szczęście mam dziś dla Ciebie dobrą wiadomość: TO SIĘ KOŃCZY. Czas leci (wbrew pozorom – bardzo szybko), dorastasz, znajdujesz pracę, w końcu masz pieniądze, które możesz przeznaczyć na swoje zainteresowania, albo swój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu. I powoli zaczynasz mieć w dupie to, że nie ma z kim iść „na browca” w piątek. Bo taki piątek się trafia raz na dwa miesiące, albo rzadziej. Alkohol już tak nie bawi. Nie bawi podrywanie dziewczyn, bo poderwać się dają nie te, których naprawdę pragniesz. Zaczynasz szukać „tej jedynej”. Dochodzisz do wniosku, że to wcale nie ta, w której podkochiwałeś się od liceum. Po kilku samochodach „za tysiaka”, w końcu kupujesz sobie porządny. Który będziesz miał długo. Okazuje się, że przez rok ładujesz w niego więcej kasy, niż wcześniej przez rok władowałeś w kupowanie szrotów, naprawianie ich i sprzedawanie za pół ceny. Nudzisz się, bo wcześniej przez 2 lata 7 razy zmieniałeś auto, a teraz od roku masz jedno i to samo. Rzucasz pracę, bo nie daje Ci satysfakcji. Jedziesz za granicę, a tam okazuje się, że praca jest jeszcze gorsza niż tu. Znaczy – sama praca nie, ale szefostwo, płaca i ogólne nastroje podczas każdego „dnia pracy” już tak. A języka nie znasz, więc jak próbujesz się porozumieć to patrzą na Ciebie jak na debila. Więc rzucasz to w*izdu. Wracasz do Polski. Wracasz do zapchlonej dziury, zabitej dechami. Ale tu przynajmniej każdy rozumie, co mówisz. A jeśli nie rozumie, to ON jest debil. Bo znasz dobrze polski. Więc zakładasz kolejnego w swoim życiu bloga i wylewasz tam swoje… Zaraz… O czym to ja…

Moi kochani młodzi ludzie (bo sam przecież jestem taaaaaaaaaaki stary, 25 lat :D), te problemy mijają. Im szybciej na to wylejesz, tym lepiej. Połowa klasy ma ajfona a Ty nie? No i co z tego. Dla większości z nich to jest jedyne, co mają (i nie chodzi mi o finanse – po prostu jedyne czym ta osoba może zainteresować resztę to fakt, że ma najnowszego ajfona). Idźmy dalej. Pół miasta ma o Tobie złe zdanie, przez jedną osobę, która rozpowiedziała na Twój temat plotki? No i co z tego. Spokojnie. Potem i tak okazuje się, że poznajesz osobę, którą „życzliwi” ostrzegali przed Tobą (chociaż Cię nie poznali), a Ciebie też przed nią ostrzegano. A wbrew im wszystkim macie się dobrze, spotykacie się, jesteście niby wyrzutkami, ale to tworzy między Wami genialną więź. Okazuje się, że nie potrzebujecie ich „świetnego” towarzystwa, a sylwestra spędzacie nie na imprezie, na której „trzeba się pokazać”, tylko sami w domu, przed komputerem, gdzie oglądacie film. Ale nie ten film jest gwoździem programu (jeśli wiesz co mam na myśli)…

A dopóki mieszkasz z rodzicami, zaakceptuj ich jakieś „zasady”. Dostosuj się. Jak się dostosujesz, a oni to zauważą (a zauważą) to spróbuj negocjować. Zazwyczaj spokojna rozmowa na chłodno, przy okazji wspólnego śniadania, które przygotowałeś/łaś da dużo więcej, niż próby wykłócania się przez telefon podczas trwającej imprezy, że chcesz zostać do końca, a nie do 23. Jeśli chcą, żebyś wrócił o dwunastej, wróć o dwunastej (a najlepiej za pięć). Negocjacje przed, a nie w trakcie. A potem trzymanie się umowy. Oni muszą Ci zaufać, żeby Ci pozwolić na więcej. A żeby Ci zaufali, musisz im dać do tego powody. Zaufania się nie dostaje „z przydziału”. I mówię Ci to nie jako „trzeci rodzic”, ale jako Twój człowiek w „świecie dorosłych”. :D Przechodziłem przecież przez to sam. Wcale nie tak dawno. I tego rodzaju rady gdzieś przeczytałem, zastosowałem w życiu, wymagało to trochę cierpliwości, ale naprawdę pomogły. Znacznie. No, ale nie pomogą Ci w żaden sposób, jeśli nie będziesz potrafił zrezygnować z jarania zielska codziennie (to tylko przykładowa używka, wstaw tu sobie co chcesz) i codziennie przychodzić będziesz „spizgany”, nieużyteczny dla domu i bez żadnych ambicji, żeby poprawić te 7 przedmiotów, z których jesteś zagrożony. Bo AŻ TAK rodziców nie nagniesz pod siebie.

Miało być o tej naszej sku*wiałej ojczyźnie jedynej, a wyszło, że opisałem problemy nastolatków :D. No ale to i tak wszystko się zazębia. Wszystko dotyczy mnie po trochu i Was też. Więc jakoś tam jestem usprawiedliwiony. Zresztą. I tak nikt mi za to nocne pisanie nie płaci, więc nie czuję się winny w żaden sposób. Dziękuję, dobranoc. To była część pierwsza nowej serii KOŃ PRZEMAWIA. Czemu koń? To już historia na inny wpis.

Piotr Wiśniewski

Otagowane

Miłość nie wybiera. Czy coś.

Pierwszego razu się podobno nie zapomina. I wszystkie następne porównuje się do właśnie tego pierwszego. Coś w tym jest. Passat b2 był pierwszym samochodem, w którym spędziłem tak wiele czasu i przejechałem tyle kilometrów… Wciąż porównuję do niego wszystkie kolejne. I jak widzę dwudziestocentymetrową dźwignię zmiany biegów to mną rzuca. A taka jest w polo 86c2f, które mamy w rodzinie. Zmiana biegów to ohyda. Nie zrozumcie mnie źle – w T3 dźwignia jest jeszcze dłuższa. Ale tetrójką się jeździ jak autobusem, więc długa dźwignia tworzy pewien klimat… Którego nie lubię w osobówkach! Zmiana biegów w aucie z manualną skrzynią to czynność, którą wykonuje się bardzo często podczas jazdy, więc powinna sprawiać przyjemność tak samo jak skręcanie kierownicą. Jakoś w passacie b2 wszystkie powyższe kryteria były spełnione. Do tego ułożenie pedałów gazu, sprzęgła i hamulca – było doskonałe. Dlatego ciężko mi przeżyć, że volkswagen w modelu polo już tego tak dobrze nie wykonał.

Jak sobie przypomnę jazdę bedwójką… Dokładnie pamiętam twardo-miękkość jego zawieszenia, wysiedziany fotel kierowcy, jego reakcje na skręcanie kierownicą, na wciśnięcie gazu (zwłaszcza w turbodieslu…), a nawet to, jak ciasno było na tylnej kanapie, kiedy siedziało się tam w trzy osoby :D. Cudne auto. No właśnie… A może nie samo auto, tylko wspomnienia pierwszego powiewu wolności we włosach, zaraz po zdaniu prawka? Właśnie tak się zastanawiam – czy tęsknię za autem, czy za młodzieńczym szaleństwem i nie wymaganiem niczego poza tym, by jeździło? Jakoś nie liczyło się wtedy, że jest pordzewiały a na jednych drzwiach brakuje listwy. I że trzeba porządnie walnąć klapą bagażnika, żeby się zamknęła. Nie przeszkadzał brak klimy, ani centralnego zamka. Bo jak już wsiadłeś i przekręciłeś kluczyk, to odpalił i był gotów zawieźć Cię na koniec świata. A przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

Kurde, odpocząłem już, muszę sobie znowu kupić jakiegoś vw z tamtych lat :D.

Takie maiłem życiowe przemyślenia :D

Dawno nie było tu nic nowego. Wielki powrót człowieka oświeconego :D

Bo hajs z wordpressu się musi zgadzać.

Będzie o polityce (straciłem właśnie 77% czytających :D), ale spokojnie – nie w ten sposób, do jakiego przywykliście. Zaczniemy od razu z grubej rury bo nie chce mi się pisać wstępów. Nie jestem przecież na polskim :D.

Siedzę sobie w pracy, przerwa, kilka osób jeszcze siedzi. Radio gra. Wtem – wiadomości. Jakiś koleś jechał bez prawka samochodem, a wcześniej zażywał „narkotyki”. Nie wiem jakie, nie pamiętam czy spowodował wypadek. Powiedzieli, że grozi mu do iluśtam lat więzienia. I jeden z kolegów z brygady rzucił „i takiemu i tak nic nie zrobią”. DOKŁADNIE! Poczekałem na chwilę ciszy i zacząłem mówić swoje „mądrości”, których tylko część im wyłożyłem, ale w rozwiniętej formie podaję tutaj:

No i kurwa nie lepiej byłoby w dyktaturze, w jakimś reżimie? Jak taki palant się by nie potrafił zachować, to zaraz na dołek chama, a potem do kamieniołomu, kilof w rękę i garść ryżu dziennie. Bo po chuj taki żyje? Jaki pożytek ma z niego społeczeństwo? Naćpa się i prowadzi auto? Już pomijam że bez prawka, bo to nieraz nie definiuje umiejętności. Najważniejsze jest tutaj że wsiadł za kółko po substancjach odurzających. I nieważne czy to będzie jakiekolwiek ćpanie czy jakikolwiek alkohol. Wsiadasz odurzony za kierownicę? Nie ma litości, nie ma czekania aż coś się stanie. Najpierw spałować, a potem do kamieniołomu. Taki debil nie zmądrzeje. Nie wierzę w to. Jestem całkowicie przeciwny pijanym kierowcom i nie ma tu żadnej wymówki. Nic się nikomu nie stało? To fajnie, ale nie zamierzamy czekać aż się stanie, żeby Cię chamie ukarać. <– Takie powinno być stanowisko państwa i służb porządkowych!

Oczywiście, nie mówię o kimś, komu wykaże 0,19 promila bo wczoraj się ostro napił a jest już dziś popołudnie i czuje się ten koleś dobrze. Ale jak ktoś TYPOWO SIĘ NAJEBIE I JEŹDZI AUTEM to nie ma litości. To samo w przypadku ćpania. Ba! Przecież człowiek nieraz jest tak zmęczony PO PRACY nawet, że też nie powinien prowadzić. Ale tego już w przepisach nie ma, bo nie ma jak sprawdzić… Ale to odrębny problem, na inną okazję.

Teraz o wolności.

Świat mnie skrzywdził. Skrzywdził mnie, jak i setki tysięcy młodych Polaków. Za młodu wpajano mi że mogę być kim zechcę, że mogę mieć wszystko czego zapragnę, itp. A może i sam sobie wmówiłem, oglądając filmy typu „sekret”. Teraz jestem rozczarowany, bo do niczego nie przyłożyłem się z wystarczającą determinacją i nie mam nic. Obiecali złote góry, a żyjemy dalej w Polsce. W państwie, w którym samotna matka zarabiająca najniższą krajową nie łapie się na zasiłek na dziecko, bo ma za duży dochód na osobę w rodzinie. Narobiłem sobie marzeń, a teraz jestem rozczarowany. Chyba wolałbym od początku wiedzieć że jestem niewolnikiem albo zwykłym szarym chłoporobotnikiem, nie mieć ambicji i marzeń. Wtedy nie miałbym też tylu rozczarowań.

Nauczyli nas marzeń, a teraz każą zwolnić.

Chciałeś być jak faraon, a żyjesz jak niewolnik…

Kolega z pracy powiedział mi o swoim koledze – w wieku 50 lat wyjechał do Norwegii jako elektryk, zaczął tam pracować, teraz tam żyje, zarabia tyle że (uwaga!) – stać go na życie tam (mieszkanie, jedzenie, życie ogólnie no), wysyła rodzinie tutaj pieniądze (utrzymanie rodziny, drugi dom/mieszkanie) i jeszcze ODKŁADA WIĘCEJ NIŻ JA TERAZ ZARABIAM. Czy to nie jest absurdalne? Zarabia tyle, że stać go utrzymać dwa domy/mieszkania, rodzinę tutaj, siebie tam, i jeszcze odkładać więcej niż ja teraz zarabiam w Polsce. Musiałem to powtórzyć. CO TO SĄ ZA ATOMOWE PIENIĄDZE!

Ja rozumiem, że tam są inne ceny. Ale ceny np. paliw nie różnią się tak bardzo po przeliczeniu. Ceny elektroniki też. Tutaj 400 zł, za granicą 100 euro. I jeżeli tutaj człowiek zarobi 2000 zł, a np w Niemczech 2000 euro, to jednak więcej paliwa kupi TAM. Więcej wygód. Bo życie to nie tylko chleb i rachunki za prąd. Niby nie jest takie ważne, że masz 15 letni samochód, ale kurwa, tam młody człowiek pojedzie i po paru latach zbierania kupi sobie NOWY samochód! Z salonu. A jak nie chce zbierać to weźmie na kredyt. I dalej będzie go stać na życie. Bo auto, które tutaj kosztuje 60 tysięcy (złotych), tam kosztuje 15 tys (euro). Tutaj to powiedzmy 30 pensji, a tam niecałe 8.

Dlatego ja rozumiem, że Cię człowieku nie interesuje polityka, chcesz tylko mieć spokój. Ale nie pójście na wybory nic nie da! Idź, i zagłosuj na kogokolwiek spoza bandy rządzącej. Jeśli nawet ten człowiek nie wygra, to przynajmniej będziesz miał spokój wewnętrzny, bo postąpiłeś zgodnie ze swoim sumieniem.

Następny problem.

Jak mnie strzela nie_powiem_co, jak słyszę debatę czy zioło powinno być legalne czy nie. Przecież tu nie chodzi o to, żeby kogoś zmuszać do jarania! Nie chcesz – nie pal. Ale nie każ wsadzać do więzień tych, co sobie od czasu do czasu zapalą!

Wiem jak jest przedstawiany w tv pan Korwin Mikke. Ale w jednym musicie mu przyznać rację. Powiedział on, że Państwo nie powinno mieć w tej sprawie ŻADNEGO STANOWISKA, ani legalizować, ani nie zabraniać. Tak jak nie ma stanowiska wobec jedzenia trawy z własnego trawnika, albo dłubania w nosie. Koniec „luźnego cytatu”. Chuj to państwo obchodzi, że ja sobie zajaram od czasu do czasu. A że przez NARKOTYKI jest wiele ludzkich tragedii – owszem. Ale czy przez alkohol jest mniej tragedii? Bo mi się wydaje że o wiele więcej. A alkohol jest legalny. Po prostu jak ktoś ma rozum, to mu nic nie będzie. A jak nie ma rozumu, to żadne zakazy mu nie pomogą.

I pojawia się zwykle durne pytanie ze strony dziennikarzy, durnych bab w tv i tym podobnych niekompetentnych kontrrozmówców – a dałby Pan swojemu dziecku marihuanę? Oczywiście że nie. Ale to nie znaczy, że osoba dorosła ma mieć zabronione. Bo alkoholu i papierosów też nie dałbym swojemu dziecku, a są legalne. Od 18 lat.

A najlepsze jest pierdolenie, że dilerowi opłaca się dać „działkę” za darmo, bo potem osoba się uzależnia i przychodzi do niego po więcej. Jakoś mi nikt nie chciał niczego dawać za darmo :D. A chętnie bym wziął.

I tyle. Com napisał, napisałem. Czekam na odpowiedzi, komentarze, maile od fanów (jest nawet specjalny adres: samochodylat80@gmail.com). :D Mówcie koniecznie czy nowa formuła (nowa tematyka) bloga się Wam podoba. I tak tego nie uwzględnię, ale przynajmniej będziecie mieli poczucie, że macie na to jakiś wpływ (to tak samo jak z naszymi petycjami do rządu :D).

Piona!

Piotr Wiśniewski.

O tym jak volkswageniarz kupił Opla i jak na tym wyszedł

Witojcies, hej!

Czas odkurzyć tego bloga. Dziś mam przynajmniej ku temu okazję. Będzie historia o uczuciu które nagle zapłonęło, potem zostało zduszone siłą, a potem z tęsknoty zapłonęło znowu. :D Ale do rzeczy.

omega

Dokładnie rok temu posiadałem Opla Omegę. Był dwukolorowy, można powiedzieć – w barwach maskujących: zielony jako kolor bazowy i do tego brązowe wykwity rdzy na każdym elemencie karoserii. Ciekło mu spomiędzy silnika a skrzyni biegów, nie zamykał się (przez problemy z imobilajzerem), palił trochę za dużo (14 litrów gazu, niby powinien palić 12). Ale dałem za niego 450 złotych, więc szczerze mówiąc przejmowałem się jego wadami tak bardzo, jak kolejnym dzieckiem Angeliny i Brada. Sam przed sobą musiałem się tłumaczyć, dlaczego taki ortodoksyjny volkswageniarz kupił sobie Opla. Tłumaczyłem sobie to ceną. Wmawiałem sobie, że nigdy bym takiego nie kupił gdyby kosztował więcej… Wtem, po pewnym czasie zaczęła mi pasować wygoda, jaką dostarczał ten samochód.

Jeżeli wyobrazicie sobie Wasze ulubione buty, w których czujecie się najlepiej… albo nie. Durny przykład. Inaczej. Siedzicie w fotelu przed telewizorem, nogi wysoko na pufie :D po lewej na stoliku kubek herbaty, w prawej ręce pilot. Poczujcie ten stan głębokiej relaksacji… Pozycja półleżąca, jesteście odprężeni, odpoczywacie, dla Waszych oczu istnieje tylko obraz telewizora, a dla Waszego prawego kciuka – dwa przyciski od zmiany kanałów. Szukacie czegoś do pooglądania i ruszacie tylko tym kciukiem. Takie bardzo mało angażujące zajęcie. I nic w tym trudnego. Tak samo z prowadzeniem Omegi. Siedzisz zrelaksowany, pod prawą ręką masz cały kokpit, a dojeżdżając do domu zaczynasz zawsze tę samą procedurę – włączasz kierunkowskaz, zwalniasz. Wyłączasz nawiew, domykasz szybę kierowcy, jeśli jest noc to wyłączasz długie, ściszasz radio, powoli dohamowujesz i skręcasz w podwórko. Zatrzymujesz się, wyłączasz światła, radio, gasisz silnik. Wszystko robisz tak, jakbyś znał to auto od nowości. A jeździsz nim dopiero miesiąc.

Naprawdę bardzo łatwo jest się przyzwyczaić do wygody. Nawet głupie zamykanie drzwi w takiej dwudziestoletniej Omedze było zajebiste. Wsiadłeś, ciągnąc drzwi w swoją stronę przełamałeś pierwszy opór i dalej już same leciały. Nie trzeba trzaskać, same się zamykają. No co za boska rzecz! W Oplu musiałem zmienić przednią szybę (350 zł), zrobić przegląd, zmieniłem potem olej z filtrem, jeszcze jakieś parę złotych na niego wydałem, a ostatecznie przy sprzedaży byłem jeszcze kilkadziesiąt złotych do przodu!

Niecały rok później nabyłem swój pierwszy porządny samochód, za kwotę większą niż tysiąc złotych (osobisty sukces!). Chciałem balerona albo omegę, ale koniecznie w automacie. Bo skoro ktoś wymyślił urządzenie wykonujące pracę za mnie, to dlaczego miałbym robić to na siłę sam? Zwłaszcza, jeżeli zależy mi na komforcie podczas jazdy. Wbijasz „De” pod domem, a następna zmiana „biegu” dopiero pod koniec trasy. Bajka. Wracając jednak do tematu – długa historia, ale trafiło na właśnie Opla Omegę. Drugi Opel. Druga Omega. Kupiłem od handlarza, który przywiózł z Niemiec. Zarejestrowałem, ubezpieczyłem i zacząłem jeździć. ANI NA MOMENT nie mogąc wyjść z podziwu, jakie to auto jest zajebiste. I pewnego dnia się po prostu zepsuło.

Tak szybko Was przeprowadzę przez fakty bo już jestem zmęczony :D. Przestał działać nawiew i grzanie tylnej szyby. Spalony bezpiecznik. Wsadziłem drugi. Przekręcam kluczyk – spalił się znowu. Mechanik poszukał zwarcia, odizolował i wziął 150 złotych. ALE DZIAŁA! Jeżdżę. Kilka dni później po pracy wsiadam do niej, odpalam. Załapała, po chwili piardła, śmiechła i zdechła. Na nic wszelkie próby uruchomienia, na nic sprawdzanie bezpieczników. Na nic ładowanie akumulatora i ponowne kręcenie. Paliwo jest, prąd jest, ale kręcił jakby paliwa nie dostawał. Trudno. Stał parę dni pod zakładem pracy, aż śmiali się „współpracownicy”, że od dziesiątej będzie otwarty skup metali kolorowych, może odzyskam trochę kasy. „Śmiejcie się teraz – pomyślałem sobie – bo kiedy moje auto działa, to żaden z Was nie ma lepszego”. :D

No i dziś w nocy byłem w pracy właśnie, pojechałem passatem. Po pracy pomyślałem sobie, że zajrzę do Omegi, zobaczę czy słychać działanie pompki paliwa w baku. Przekręciłem kluczyk – kurde, chyba słychać. To dawaj, przekręciłem do końca. ZAPALIŁ! Zapalił jebany! AAAAaaa!!! Ale super! Tylko co teraz zrobić z passatem? :D Zostawiłem go pod pracą, on zawsze odpali, po południu sobie go mogę odebrać. A Omega nawet jeśli znowu nie odpali, to przynajmniej stoi pod domem.

Ale co jest najważniejsze w tym wpisie – MÓJ SAMOCHÓD SAM SIĘ NAPRAWIŁ!!! Jak ktoś mi powie, że to nie autobot, to przestanę z nim gadać :D. Normalnie zajebista rzecz. Teraz nie potrzebuję mechanika. Naprawiam samochody siłą umysłu :D. W każdym razie dojechałem do domu, po drodze gasząc na cepeenie, odpalił też jak gdyby nigdy nic. I znowu jestem szczęśliwym posiadaczem Opla Omegi. Do następnej awarii. Wtedy będę po prostu posiadaczem. Ale przynajmniej nauczyłem się jednej rzeczy na przyszłość – nigdy więcej nie oddam auta do mechanika. Po prostu odczekam kilka dni i się samo naprawi. Za darmo!

Zacząłem remont samochodu. Jak na razie wymieniłem już z tyłu żarówkę.

Dawno temu, jeszcze przed wojną_o_Ukrainę zakupiłem starego klasycznego Opla. No dobra, klasy to już w nim nie ma, a klasykiem raczej nigdy nie zostanie, ale kupiłem starego Opla. Omega B, pełnoletni był już 2 lata temu. Dopiero w 97′ zaczęli je „ocynkowywać”, więc mój egzemplarz jest podatny na korozję. A mówiąc mniej dyplomatycznie – po prostu już go ruda zżera żywcem. Zabawne, bo jeszcze z rok temu to samo koledzy mówili o mnie. No ale do rzeczy.

Jedną z „napoczętych” przez rdzę części mojego auta była klapa bagażnika. Nie miałem dokładnego zdjęcia, więc pozwoliłem sobie na edycję takiego ogólnego by uwydatniło nieco tę wadę. Słabo widać, ale na żywo aż raziło w oczy (dół klapy):

ObrazekPojechałem z tym do Cytryna i Gumiaka, ale chcieli za robotę 10 złotych… Dla mnie za drogo. Postanowiłem zrobić to samemu, jednocześnie zaoszczędzając pieniądze, które pozwolą mi na przejechanie tym cudem aż 31 km (ha! hack the system!). Zabrałem się do pracy. Na początek szczotka druciana – i jechana.

ObrazekWżery są takie głębokie, że gdzieniegdzie nawet szczotka nie dochodziła, ale skoro nie dochodzi szczotka to znaczy, że lepiej się nie da, prawda? DOKŁADNIE! Wziąłem więc papier ścierny (jakiś gruby, bo do takich napraw to im grubszy tym lepszy, tak mi powiedział daleki kuzyn piekarz, on to się zna na robocie) i przejechałem tym papierem tam gdzie zamierzałem pomalować. Tak byle jak, bo słyszałem że najprostsze odpowiedzi są zazwyczaj najwłaściwsze. Następnym krokiem był wybór gazety, którą zamaskuję ten fragment, gdzie nie będę malował. Nie mogło to być jakieś ścierwo pokroju Faktu czy innego SuperEkspresu, więc wybrałem Dziennik Bałtycki. Myślałem jeszcze nad Wyborczą, ale akurat u nas w sklepie już jej nie było. Taśmą malarską okleiłem jeszcze_nie_nadgryzione elementy i fragment do pomalowania przejechałem jakimś rozpuszczalnikiem, czy benzyną ekstrakcyjną (toż to jeden diabeł). Gotowy do malowania element wyglądał więc tak:

ObrazekKiedyś po czymś zostało mi trochę farby w spreju, koloru czarnego. Kierując się zasadą „Im mniej zainwestujesz, tym bardziej będziesz zadowolony z efektu” postanowiłem jej użyć. Nie będę przecież szukał koloru zielony_metallic_a_jak_inne_światło_to_taki_niebieski, ani tym bardziej kupował go, bo bym się rozczarował licząc na fajny efekt. A tak, nie licząc na nic przejechałem sprejem raz, potem drugi raz, potem trzeci, i tak powstały zacieki. Ale widać tylko w dzień. No dobra, trochę po ciemku też. Ale jeżdżę tak szybko, że nikt nie zauważy. Efekt moich prac wygląda tak:

ObrazekNo i trochę bardziej z bliska:

ObrazekNa mycie przyjdzie pora później. Jak na włożone środki (0 zł, wszystko miałem w domu) i czas pracy, wyszło bosko. Oczekiwałem jedynie, żeby żółtoruda rdza nie rzucała się aż tak bardzo w oczy. No i jestem zadowolony. Tak bardzo, że jutro rozsyłam CV do okolicznych zakładów blacharsko-lakierniczych. Niech się o mnie biją.

A teraz, rdzo na tylnej klapie, do zobaczenia za parę miesięcy!

Piotr Wiśniewski,

Naprawy blacharsko-lakiernicze.

Otagowane , ,

Łakomy kąsek dla miłośników kultowych samochodów – licencjonowany przez Volkswagena model Garbusa 1303 w skali 1:8!

INFORMACJA PRASOWA

Volkswagen Garbus to ikona motoryzacji. Samochód znany na wszystkich kontynentach naszego globu. To jedyne takie auto w historii motoryzacji, które produkowano nieprzerwanie przez pół wieku. Przez ten czas na całym świecie kupiło go ponad 21 milionów osób. Dziś miłośnicy kultowych aut otrzymują szansę złożenia i wyeksponowania we własnym domu kolekcjonerskiego modelu Garbusa w skali 1:8.

Kolekcja De Agostini umożliwia miłośnikom klasycznych samochodów stworzenie krok po kroku modelu Volkswagena Garbusa 1303. Każda kolejna część przybliża do stworzenia modelu jednego z najbardziej fascynujących aut w historii motoryzacji. Czytaj dalej

Koniec ERŁO, a mnie to dalej gówno obchodzi

(Napisałem to też dawno temu, o wszystkim i o niczym, część już nieaktualna, bo trzeba to było z tym tytułem wrzucić zaraz po Euro, a nie długi czas później. Ale czytajcie se, na zdrowie. Tekst między gwiazdkami właśnie to publikacja sprzed chyba ponad roku, pozostałe dopiski są z dzisiaj.)

***

Nie oglądałem, a jak już jakiś mecz leciał w pokoju to rzuciłem okiem może kilka razy. Nie jara mnie to zupełnie. Tzn piłka nożna sama w sobie jest okej, ale oglądanie jej i sranie się „żeby wygrali nasi”, a potem „żeby wygrała moja ulubiona drużyna” jest dla mnie niezrozumiałe. Mogę pograć, ale nie jara mnie to na tyle żeby to oglądać i się przejmować. Ale nieważne.

Kiedyś nie rozumiałem jak można kupować nowe fiaty, zamiast używanych VW w tej samej cenie. Miałem tak zakorzenioną miłość do VW i pogardę dla fiata i wszystkich „gówien”, że nie widziałem żadnych argumentów za fiatem przemawiających, może poza „głupotą” ludzi którzy go kupowali. Z biegiem czasu jednak nauczyłem się, że czasem trzeba spróbować na chwilę odrzucić swoje dogmaty i spojrzeć na sprawę świeżym okiem. Bez uprzedzeń i niepodważalnych przekonań, których nabraliśmy czasem od innych ludzi (naszych autorytetów, jak np. rodzice) nie sprawdzając nawet, czy to prawda. U mnie było to zdanie „weteranów szos” – czyli mojego taty, wujka itp. – na temat właśnie motoryzacji, a głosiło ono, że wszystkie auta na F są gówniane: Fiat, Ford i Francuskie (błagam, nie pytajcie czy Ferrari według tej teorii też jest gówniane).

Teraz nie wnikam kto czym jeździ, nie zniechęcam ludzi do fiatów, bo każdy ma argumenty przemawiające za tym, by przy swoim aucie pozostał. Jednemu potrzebny komfort i szpan na mieście, innemu niskie koszty eksploatacji, jeszcze innemu coś zupełnie innego. Ale o co mi chodzi?

Chociaż znany jestem z wymądrzania się na tym blogu, to od jakiegoś czasu wyznaję zasadę „wiem, że nic nie wiem” (Sokrates). Jestem świadomy swojej niewiedzy w wielu zagadnieniach. Człowiek, który mówił „wiem, że nic nie wiem” nie uważał że wie mniej od każdego innego człowieka, tylko zdawał sobie sprawę jak niewielką wiedzę posiada w porównaniu do tego ile można by wiedzieć (mimo tego że był najmądrzejszym z tamtej społeczności). Bo im człowiek więcej się dowie, tym wyraźniej widzi ile mu jeszcze pozostało – w ilu kwestiach jest jeszcze zielony.
***

I w sumie dlatego przez ostatni długi czas nic tu nie pisałem. Jak mogę komuś coś radzić, skoro sam nie mam w tym wiedzy eksperckiej a jedynie amatorską? Bo jak ktoś kierowany Twoją poradzą kupi coś co okaże się szmelcem, to potem ma pełne prawo mieć do Ciebie pretensje. Więc porzucam rolę wszechwiedzącego typowego szwagra xD i jedyna rada jaką Wam dam, to cytat z Gurala „Bądźcie mili dla sąsiadów”. Bo wiem, że na tym się nie da stracić. :p

A tam takie bzdety o dostawczakach, nic ciekawego.

Mimo, iż nie pracuję w branży transportowej, uwielbiam prowadzić auta dostawcze. A może DZIĘKI temu właśnie, że nie muszę. Ale nie chodzi mi o blaszaki zrobione z osobówek, jak peugeot partner, jakim czasem jeżdżę w pracy, tylko o wozy stricte dostawcze, tylko w tym celu projektowane. Dwie osoby + paka. Nie wiem czemu. Jakoś mi pasuje koncepcja, że mogę zabrać ze sobą co tylko zechcę, że mogę sobie wrzucić do tyłu materac i w kilka minut mieć kemping xD. Spać gdzie chcę. Do tego turystyczna kuchenka, butla z wodą do mycia rąk i martwię się już tylko o miejsce, gdzie w spokoju mogę zrobić kupę. Dziękuję w tym miejscu stacjom benzynowym, które w większości oferują takie miejsca za darmo. A są niemal wszędzie. Ale wracając do dostawczaków – chociaż przydałby mi się może raz na 1000 km, to i tak świetnie jest zawsze mieć możliwość zabrania do niego czegoś, co akurat okazyjnie mogłem kupić lub nawet czasem dostać za darmo.

Zazwyczaj samochód ma jedno wyraźne przeznaczenie. Są luksusowe limuzyny, są sportowe coupe, są rodzinne minivany/kombi, są auta miejskie i są dostawczaki. I jeżeli taki samochód nie próbuje być wszystkim na raz, to już jest fajnie. Dostawcze auta służą do pracy, więc są nierzadko wygodniejsze od osobówek. Przesiadając się ze sprintera do passata pewnie mało kto chciałby wrócić do busa, ale zapewniam że 8 godzin siedzenia za kółkiem lepiej zniesie człowiek siedzący pionowo, niż rozwalony jak przed tv kierowca osobówki.

Prowadziłem wielokrotnie T3. Nie muszę chyba po raz setny powtarzać, że zakochałem się w tym aucie po uszy. Znajomy posiadacz takiego auta mówi że po trasie do niemiec jest bardziej wypoczęty, niż gdyby jechał osobówką. Nic dziwnego – wielka kierownica, którą kręci się bardzo lekko, pedał… (przepraszam, teraz mówi się gej). A więc gej gazu jest zamocowany w podłodze, dzięki czemu noga się tak nie męczy (albo mi się tak wydaje). A siedzisz nad przednią osią i widzisz wszystko przed maską, co ułatwia manewry na ciasnym parkingu za Twoim warzywniakiem. Bo skoro masz t3, to na 100% masz też warzywniak.

Mercedes sprinter. Wielki. Ale jazda sprawia masę przyjemności i po chwili (o ile nie jesteś pierdołowatym niedzielnym kierowcą) manewry z użyciem samych lusterek nie sprawiają Ci już problemu. Lewarek skrzyni biegów jest kilkanaście centymetrów od kierownicy, dzięki czemu zmiana biegów jest jeszcze mniej angażująca i bezpieczniejsza (bo krócej masz ręce poza kierownicą). Fotele są wygodne nawet jeśli nie ustawisz ich sobie pod siebie. No chyba, że jesteś wielki jak niedźwiedź, a przed Tobą prowadził go szympans. A i wtedy wystarczy jedynie odsunąć fotel.

Siedziałem kiedyś za kółkiem forda courier express, czy coś w ten deseń. Przód od escorta plus paka. W sumie jechałem też na pace i byłoby miło, gdybym tylko był workiem ziemniaków. Dla uściślenia – wtedy nim nie byłem. Ale odnośnie tak zwanej szoferki – czuję się dziwnie bezpiecznie mając za sobą blaszaną ścianę zamiast kanapy, na której zawsze może znaleźć się jakiś kretyn. To samo pewnie myślał kierowca, tylko że kretyna miał za blaszaną ścianą. Kierownicę trzymało się wygodnie, wszystko było pod ręką, no jakoś tak siedziało się za tym kółkiem tak, jak się powinno siedzieć.

No i koniecznie słowo o wspomnianym partnerze blaszaku. Też jest fajny, zwinny, ALE obsługa nawiewu nie jest już tak intuicyjna jak choćby w passacie b3, który choć nie został stworzony typowo do pracy (pozdrawiam turystów jeżdżących na Rosję), to po kilku jazdach mimo niedziałającego podswietlenia wiedziałem gdzie co jest, bo było rozmieszczone LOGICZNIE. I ogólnie czuć podczas jazdy, że jest z plastiku i na pewno nie wytrzyma tylu kilometrów, co dostawczaki budowane 20 lat temu.

W tych samochodach cenię prostotę. Auto ma jasno określony cel, nie musi być piękne, żeby go spełniać. Są często surowo wykończone, bo meble nie muszą do transportu mieć skórzanej tapicerki. Wóz ma UŁATWIAĆ kierowcy transport towarów. Nie musi mieć dwustu koni, wystarczy 60 i nie za długa skrzynia biegów, w mieście sobie poradzi, a na trasie do 120 na godzinę w zupełności wystarczy, sam zresztą najczęściej jeżdżę koło osiemdziesiątki. Do celu dojadę, przepisów nie łamię, mogę się zrelaksować a auto wykorzysta do tego celu minimum paliwa. Same korzyści. I to tyle.

W sumie i tak czyta to tylko Ola, więc Cię Olu pozdrawiam i Tobie dedykuję ten wpis xD.
P.W.

Mają tam wszystko

Mają tam wszystko. Mają lekarstwo na każdą Twoją chorobę. Mają odpowiedź na każdą Twoją potrzebę. Zaspokoją ją (a przynajmniej Tobie tak się będzie wydawało), sprawią że poczujesz się lepiej, dadzą Ci złudne poczucie szczęścia, a Ty się nim zadowolisz, bo nie wierzysz w siebie na tyle by chcieć czegoś więcej.

Seriale o grupie przyjaciół i ich miłosnych rozterkach (HIMYM, 90210, Gossip Girl), seriale o indywidualistach, którzy odnoszą sukcesy w jakiejś kwestii, jak rozwikłanie spraw kryminalnych (Monk), medycyna (House), czy życie erotyczne (Californication). Dla miłośników sci-fi serie o ludziach z nadprzyrodzonymi zdolnościami (Heroes, 4400, Touch), dla lubiących rozgryzanie ludzkich zachowań – Mentalista, Magia kłamstwa. Zapewniam, każdy mógłby znaleźć dla siebie serial, co najmniej jeden. Mają coś dla każdego z nas. My mamy tylko jak te owieczki siedzieć i patrzeć. Rano wstać, iść do pracy. Po południu oczy w TV, obejrzyj sobie owieczko serial, potem drugi, potem idź spać. A Rano znowu – do roboty, potem konsumuj, w nocy śpij (nie za długo) i znów do pracy. I tylko nie myśl za dużo! My to robimy za Ciebie.

Oglądasz te seriale, idealne postacie z wyraźnie zarysowanymi wadami, które czynią ich tylko bardziej uroczymi, i coraz bardziej się frustrujesz, bo życie takie nie jest. W życiu nie znajdziesz takich przyjaciół jak tam, Twoi przyjaciele mają wkurzające wady. Nie jesteś bohaterem, nie wiedziesz filmowego życia, jesteś szarym człowieczkiem mieszkającym w swoim szarym domu, a rano musisz wstać do swojej szarej pracy, za którą płacą Ci szarymi pieniędzmi.

P.W.