Koń przemawia #3. To jest właśnie takie „NIBY”

Opel omega wywołuje we mnie mieszane uczucia. Rano nienawidzę go za bycie GÓWNEM, bo ma masę tzw. wad wrodzonych (czyli elementów, które się psują w KAŻDYM PIER*OLONYM EGZEMPLARZU, o czym jest na forach milion tematów), by wieczorem wygodnie wracając ze Sztumu uznać, że ten samochód będzie u mnie jeździł tak długo, aż go oddam na złom. Jedno jest pewne – drugi raz nie wydam tyle kasy na OPLA. Fakt, wygodne auto, w miarę nowoczesne, ładne, komfortowe. Ale kiedy miałem mercedesa w124, kupionego okazyjnie od brata za 2000 zł (pozdro Michu :D), wiedziałem że mogę w niego wsiąść i jechać na koniec świata CHOĆBY DZIŚ. Muszę mieć tylko kasę na paliwo. W omedze niby* też nic nie powinno się posypać, bo jest dość toporna, ale jednak nie daje tego komfortu psychicznego, takiej beztroski podczas jazdy, jaką dawał merc. Ciągle się martwię, że ten RZĘCH się rozsypie.

// * – Ale „to jest właśnie takie NIBY”, jak to mawiamy z bratem.

Wracając jednak do balerona – wiadomo, że to najlepsze obecnie dostępne auto pod tym względem. Za jego kierownicą nie martwi się człowiek O NIC. Ale jak go w końcu kupię, to będzie mi brakowało takich pierdół jak klima, elektryczne szyby, czy choćby sterowanie radiem z kierownicy… (To niby tylko małe udogodnienie, ale do dobrego człowiek się szybko przyzwyczaja :p). Bo o ile można znaleźć merca z elektryką i klimą (a nawet z webastem, czego – nawiasem mówiąc – w omegach zabrakło), to ceny takich egzemplarzy są wyższe, a nadal będą to tylko bajery, które w 30 letnim aucie mają już prawo nie działać do końca sprawnie. Jednak rezygnując z bajerów w zamian dostanę auto z silnikiem diesla, który mało pali i jest bezawaryjny. Do tego komfort, PRESTIŻ :D, DUPECZKI HEHE, gwiazda na masce, no i beztroskę podczas prowadzenia. A i bokiem poleci nie gorzej niż omega (sprawdzone doświadczalnie). Wszędzie wjedzie, wszystko zniesie, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję… :D Baleron to auto wierne jak pies. Najlepszy przyjaciel człowieka.

Ostatnio wymieniałem tuleje przednich wahaczy w oplu. W przydomowym warsztacie kolegi mojego taty. Nie miał zbytnio czasu, więc zadeklarowałem, że będę robił wszystko sam, najwyżej nieraz go o coś zapytam i mi pomoże wybić stare tuleje i wcisnąć nowe. Jakże mało wiedziałem o życiu w tamtym momencie… Gdybym NAPRAWDĘ został z tym wszystkim sam, to mógłbym tylko siąść i płakać. Wyjąć wahacze jeszcze nie jest tak trudno. Ot, odkręcić trzy śruby. Trochę pomyślunku, trochę sprytu, trochę siły fizycznej :p i jakoś poszło. Do jednej śruby był utrudniony dostęp, więc poradziłem się fachowca którego klucza najlepiej użyć. Ok, wahacz wyjęty. Teraz tylko chwila, wybić stare, wcisnąć nowe… Taaaa… Dwie osoby i 15-20 minut ostrego napieprzania młotkiem i przecinakiem. Na jedną tuleję. Jasne, że można to było zrobić łatwiej. Ale nieraz brakuje jednego narzędzia i cały sposób daje w łeb. Takiej mechaniki pojazdowej nie lubię. Jeśli trzeba wykręcić jedną część i przykręcić nową, to spoko. Najlepiej jak jest łatwy dostęp, albo przynajmniej względnie łatwy. Diagnozowanie usterek też jest ciekawe. Ale wybijanie tych tulei to było kurwa KOWALSTWO. A ja durny chciałem się za to zabrać z moim dobrym kolegą Maćkiem, pod moim domem. Bez podnośnika, bez prasy, bez odpowiednich narzędzi… Dramat. Cztery tuleje, cztery godziny pracy.

2016-04-04_13.07.20

„Patrzcie, ja pracuję! Czy wszyscy widzą? Weź niech będzie widać że mam brudne ręce…” :D

Podejrzewam że zwykły mechanik mając wszystkie narzędzia zrobiłby to w półtora godziny. Nawet satysfakcja mi nie została, bo nie poszło mi to wcale sprawnie, gubiłem się, a bez pomocy kolegi mojego taty nic bym nie zrobił. Wyjąłbym najwyżej wahacz. No, ale przynajmniej teraz wiem z czym to się je, i że następnym razem będę wolał komuś zapłacić i niech on to sam robi :D. Myślałem, że mój genialny mózg i pozostałości po mięśniach zyskanych dzięki uprzejmości firmy PKP Energetyka :D wystarczą i dam radę. Niby dałem. Ale to jest właśnie takie NIBY. Stwierdziłem, że NIGDY WIĘCEJ NIE KUPIĘ OPLA. Pan Janek odpowiedział, że w VW z tulejami jest to samo. Wtedy właśnie dotarło do mnie, że nie jestem mechanikiem :D, a przynajmniej nie mechanikiem tego typu. Trudniejsze rzeczy niech zrobi fachowiec. Fakt, trzeba mu zapłacić, ale zazwyczaj on to zrobi szybciej, lepiej i wcale nie tak drogo, jak by się wydawało, biorąc pod uwagę trudność zrobienia tego pod domem. Ja żeby to zrobić drugi raz, musiałbym polubić WALENIE MŁOTEM. A mechanik – mając odpowiednie narzędzia i wiedzę – nie będzie potrzebował KURWA KUŹNI.

 

No. Poprzeklinałem sobie, wypłakałem się :D, wracamy do rzeczywistości. Posklejałem sobie połamany tzw. hokej pod lampą, taką plastikową zaślepkę. No ale jeszcze trzeba było ją pomalować na jednolity kolor, żeby nie było widać kleju. Miałem resztę czarnego SZPRAJA po malowaniu błotnika :D, więc pomalowałem oba hokeje na czarno. A skoro miałem wyjęty grill, to w nim srebrne elementy też walnąłem w ten kolor. Na początku tylko na próbę, bo mam jeszcze drugi grill, który został srebrny. Ale wygląda fajnie, więc tak zostało.

20160317_153244.jpg

Nie wiem czy wiecie, ale ta modyfikacja zwiększa liczbę koni o jeden – zostaje nim posiadacz, który wpadnie na taki pomysł. Do zobaczenia na najbliższym zlocie tuningowym! :D

Piotr Wiśniewski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: