Koń przemawia #4. Jak najlepiej zainwestować pieniądze?

Po wieloletnich badaniach polscy naukowcy doszli do wniosku, że najlepsze, co możesz zrobić z uzbieranymi pieniędzmi, to… je WYDAĆ. To znaczy… Mówiąc „polscy naukowcy” miałem na myśli siebie samego, a mówiąc „wieloletnie badania” miałem na myśli moje całe życie pełne przemyśleń. Od niedawna rozwożę pizzę i powiem Wam, że nigdy bym nie pomyślał, że to zajęcie może być tak bardzo satysfakcjonujące. Jest sobie zespół młodych, zajebistych ludzi, oni ogarniają restaurację, przygotowują pizzę do wyjazdu, a ja ją zabieram do torby, wbijam adres w nawigację i jadę. Chociaż po dwóch tygodniach już coraz rzadziej muszę się wspierać mapą. Ale wrócimy do tego. Chciałem powiedzieć o czymś ważniejszym. Po raz kolejny przekonałem się, że nie ważne CO robisz, nie ważne gdzie pracujesz, ważne Z KIM. Bo jak masz fajnego szefa i fajnych współpracowników, to nawet kopanie rowów może być fajnym zajęciem. A jak szef jest chujowy, a ludzie, z którymi pracujesz to banda debili, to nawet 20 zł za godzinę nie będzie satysfakcjonujące.

Dawno, dawno temu usłyszałem pojęcie „antykariery”. Oznacza to takie życie, gdzie nie pniesz się coraz wyżej po szczeblach w firmie, nie dostajesz co chwila awansów, nie musisz się o nie starać, bo jest ci dobrze tam, gdzie akurat jesteś. I wtedy jesteś szczęśliwy, bo nie rosną ci co chwile wymagania, pensja, ani potrzeby. Żyjesz sobie spokojnym życiem, robisz to, co lubisz, jeszcze ci płacą za to, a życie jest wolne od stresu. Jest to tak jakby ucieczka z wyścigu szczurów. Tak jakbyś biegł ze szczurami, ścigał się z nimi, a w pewnym momencie zadał sobie pytanie „ale po ch*j to wszystko?”. Zatrzymujesz się, stajesz z boku i wtedy dostrzegasz, że oni są tak zapatrzeni w cel, że nie widzą cudownego życia, które je otacza. Że oni mijają tyle czekających na nich szans, nawet ich nie dostrzegając. Kładziesz się na leżaku, sączysz drinka i cieszysz się życiem. A oni biegną, ciągle biegną, w nadziei że osiągną to coś, co im pokazano na ekranie. Na końcu osiąga to i tak jeden na sto, a reszta umiera nie mając nic. Bo czymże jest wypasiona chata, kilka fajnych samochodów i comiesięczny gruby hajs, jeśli nie masz go z kim dzielić? Po co ci ta grupa nowych znajomych, skoro interesujesz ich tylko dlatego, że masz marmury w domu i basen na podwórku? Tak jak w zasadzie Pareta – wykonując 20% tego co najlepszy szczur (:D) możesz osiągnąć 80% tego, co on osiągnął. Oczywiście musisz wybrać odpowiednie 20 procent. Ale nie trzeba mieć samochodu za sto tysięcy. Auto o wiele tańsze spełni swoją rolę tak samo. No chyba, że zależy Ci na szpanowaniu chromowanymi 19-calowymi felgami, sprzętem car audio za kilka tysięcy, błyszczącym perłowym lakierem i otwieranym dachem. Ale w takim wypadku jesteś jednym ze szczurów, które po to biegną, nie mając żadnej gwarancji. (Wtedy ten blog nie jest do Ciebie skierowany i nie znajdziesz tu nic dla siebie.) A przecież stary opel w gazie też dowiezie Cię nad morze. Bez wielu tysięcy na koncie też prześpisz się w jakimś hoteliku. A że nie będzie w nim złotych klamek, klimatyzacji w pokoju i dżakuzi w łazience? Co z tego. Na końcu i tak liczy się czas, który spędzisz poza domem, chwile, które przeżyjesz, emocje, których doznasz, a nie to, czy na grillu ze znajomymi jadłeś złotym widelcem, czy plastikowym. Czy na grilla pojechałeś furą za kilkaset tysięcy, czy starym golfem.

A tak w ogóle, to już drugi raz pojechałem na rozmowę kwalifikacyjną do dużej kolejowej firmy, by się dowiedzieć (2 tygodnie po rozmowie, drogą mailową), że nie spełniam wymagań kwalifikacyjnych na to stanowisko. Te osły nawet nie zadały sobie trudu sprawdzenia mojego CV. Rozmowa trwała 45 minut, w formie wideokonferencji, z dyrektorem z Warszawy i naczelnikiem, który byłby moim bezpośrednim przełożonym. I to było według nich odpowiedzialne stanowisko, na które chcą wziąć kogoś, kto rzetelnie będzie wykonywał swoje obowiązki, musieli zająć tyle czasu dyrektorowi, naczelnikowi i kobiecie z kadr, a jak doszło do zarobków (w których w aplikacji zaznaczyłem minimum „2000 brutto”), to się zapytali czy to jest na pewno moje minimum, czy możemy jeszcze o tym porozmawiać. No k*rwa to może ja w wolontariacie przyjdę? Codziennie będę jeździł (2 godziny w jedną stronę) do Gdyni, wykonywał ODPOWIEDZIALNĄ PRACĘ przez 8 godzin, po czym znów 2 godziny przeznaczę na powrót, i po całym miesiącu moją motywacją do dalszej pracy będzie to, że oni w ogóle zechcieli mnie przyjąć. Ja pi*rdolę, co się dzieje z tą Polską. Co za głąby. Ale jakie zamieszanie, rekrutacja przez internet, telefon z odpowiedzią, że będzie WIDEOKONFERENCJA Z WARSZAWĄ, odpowiedzialne stanowisko, rozmowa z dyrektorem, po czym kobieta się pyta czy te 2000 brutto to na pewno moje minimum, czy możemy jeszcze o tym podyskutować. To już lepiej mnie potraktował koleś w salonie samochodowym, gdzie zaproponował 1500 zł na rękę na początek, jeśli się sprawdzę to po 4 miesiącach 1800 zł na rękę (i od samego początku od zera do max 500 zł premii miesięcznej, wedle uznania szefa). Po czym powiedziałem, że przykro mi ale mi się po prostu by nie opłacało tam jeździć, bo na same bilety miesięczne wydałbym 400 zł. Na co odpowiedział, że rozumie to i uznaliśmy, że to może nie są najmniejsze pieniądze, ale po prostu musi przyjść ktoś lokalny, wtedy będzie się mu opłacało. Podziękowaliśmy sobie i rozeszliśmy każdy w swoją stronę. Można? Można. Ale nie, trzeba się płaszczyć przed wielką państwową firmą i błagać ich, żeby przyjęli Cię do pracy fizycznej za najniższą krajową. I odpowiedz takim ludziom na pytanie „dlaczego powinniśmy wybrać właśnie pana?”.

– Bo będę wierny jak pies, nawet nadgodziny zrobię za darmo, tylko dajcie popracować, bo tęskno mi kurwa do łopaty!

Osły.

No. Ból dupy wylany do internetu, to mogę sobie żyć spokojnie dalej.

Ale wracając do rozwożenia pizzy. Najgorsze w tym wszystkim jest… A raczej są… niedzielni kierowcy. Ruch uliczny pełen ludzi, którzy nie myślą za kółkiem. To jest gorsze nawet od ludzi, którzy marudzą, że długo czekali na pizzę, chociaż przy zamawianiu im się mówi, że będą czekać ponad godzinę. Nie wiem jak to jest trudno niektórym pojąć, że jak jest duży ruch, to się pewnych rzeczy nie przeskoczy i koniec. Szef kuchni robi jedną pizzę na raz, tak jak TY robisz jedną pracę w danym czasie. Do pieca nie wejdzie na raz 10 pizz. A przed Tobą zamówiło jedzenie już parę osób, więc musisz swoje CHAMIE odczekać. Nie pasuje, to nie zamawiaj. No ale oczywiście takiego durnia trzeba przeprosić i zawsze wyjaśnić, dlaczego czekał tak długo. A na co dzień są TYLKO DWIE OPCJE: 1. Dużo zamówień. 2. Korki w mieście. Z czego najczęstsza jest ta pierwsza. Ewentualnie, raz na jakiś czas, może się też zdarzyć wypadek losowy. Różnie w życiu bywa. Ale taki człowiek myśli inaczej: PEWNIE KIEROWCA SPECJALNIE DŁUGO JECHAŁ.

No dobra, wracając do tytułowego tematu. Jak najlepiej zainwestować 5, 10, 20 tysięcy złotych? (uwaga – będzie sarkazm) Kup sobie telewizor tak wielki, żebyś miał problemy z wniesieniem go na trzecie piętro, i zrób to w takich godzinach, żeby wszyscy sąsiedzi to widzieli. (koniec sarkazmu) A jeśli wyszedłeś już z wyścigu szczurów – POJEDŹ GDZIEŚ. Twórz wspomnienia. Milej się wspomina wakacje za granicą niż KUPNO NOWEGO TV. Koszty są podobne, a za 20 lat i tak tego ekranu nikt nie będzie pamiętać. Wiadomo, że fajnie mieć telewizor, od czasu do czasu obejrzeć film, serial, może jakiś ciekawy program na discovery… Ale 32 cale do tego wystarczą, nie musisz mieć ich 55. Pomijam już nawet fakt, że ludzie żyją bez telewizora i też się świetnie mają.

Chociaż z drugiej strony… Wiesz co? Rób co chcesz, kup se TV, płać za noc w hotelu 1200 zł, bo to apartament, zbieraj całe życie na super furę klasy premium, nic mi do tego. Bylebyśmy nie musieli ze sobą rozmawiać, bo nie będziemy mieli nawet o czym. Kupuj kapcie za 499 zł tylko dlatego, że jest na nich krokodylek. Czekaj na swoją dziewczynę 3 godziny przed wyjściem na imprezę, bo przecież ona nie może się pokazać niedoskonała, nażeluj sobie włosy, zadbaj o to, żeby wszyscy mieli Cię za człowieka sukcesu, a ja wykąpię się w rzece i wsiądę do swojego starego busa z łóżkiem w środku, wyciągnę leżak, rozłożę się i będę sobie słuchał szumu płynącej wody. Siedząc w spodenkach z lupmeksu i pijąc kadarkę za 10 zł. I nie będę się przejmował tym, czy ktoś na mnie patrzy i widzi MOJĄ BIEDĘ. Niech myśli co chce, dopóki ja się dobrze czuję z moim życiem, to wszystko jest okej. Czego i Wam, czytelnicy życzę. :D

Piotr Wiśniewski.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: