Category Archives: Aktualności

All heil VOLKSWAGEN! A tak serio to nie… :(

Co te samochody dla niezainteresowanych motoryzacją, to ja nawet nie… Ale od początku. Są samochody z charakterem. I są takie, które służą tylko do przemieszczania się z punktu A do B. No i o tych drugich dziś będzie. Przez jakiś krótki czas byłem szczęśliwym posiadaczem peugeota 205 z zatartą tylną belką. Dla niewtajemniczonych powiem, że skutkowało to brakiem amortyzacji w jednym z tylnych kół. Jedyna amortyzacja na prawym tylnym wahaczu była realizowana przez OPONĘ kuźwa. Wahacz się w ogóle nie ruszał. Koszt naprawy wynosił około tysiąca złotych, czyli dwie trzecie najniższej krajowej na owe czasy. Dodam, że auto kupiłem za 400 zł. Oczywiście właściciel przy sprzedaży udał głupka i powiedział, że tam jest amortyzator do wymiany. A ja, głupek, uwierzyłem, bo nigdy nie miałem jeszcze francuskiego gówna. Teraz już wiem dlaczego.

Peugeot 205. Silnik benzynowy 1.1. Sprawował się fajnie, to auto było wygodne, w miarę jechało i nie było dopierdolone w środku i na zewnątrz, jak to jest z autami marki VW na polskim rynku. Bo prawdziwy Polak wie, że w GOLFIE W DIESLU to nawet oleju nie trzeba zmieniać. Taki dobry samochód. No i byłem zadowolony z peżo, dopóki się nie dowiedziałem, ile kosztowałaby naprawa tylnego zawieszenia. Ale mniejsza z tym, belka skrętna to podobno ogólnie super rozwiązanie, tylko nie na nasze drogi. Bardziej zdziwiło mnie coś innego w tym samochodzie. Otóż wyobraźcie sobie, że ktoś to auto projektował. Ktoś zaprojektował zegary, czyli to miejsce, gdzie widać z jaką prędkością jedziemy, ile pozostało paliwa, widać kontrolki od oleju i akumulatora, widać też temperaturę silnika… Ale czekaj… Zaraz… W dwieściepiątce nie znaleziono miejsca na wskaźnik temperatury cieczy chłodzącej (krytycznie ważne np. w korku, w mieście, czyli w miejscu, do którego małe auto się właśnie docelowo produkuje). Zamiast tego, patrząc na zegary widzisz duży i wyraźny napis PEUGEOT. Żebyś wiedział, co powiedzieć mechanikowi, jak przez telefon będziesz mu relacjonował zagotowanie się silnika. Ten za to od razu będzie wiedział, że cennik naprawy należy pomnożyć razy półtora. Bo przecież nikt, kto wie COKOLWIEK o motoryzacji, nie kupiłby sobie TAKIEGO ŚCIERWA. Więc można kasować jak za zboże. Peugeot 205. Niby taka fajna a’la rajdówka, a nie podaje tak podstawowych informacji dla RAJDERA XD.

Dobra. Przedwczoraj kupiłem sobie następny samochód, który zdecydowanie nie jest przeznaczony dla osób ceniących w samochodzie jego „charakter”. Jest to auto, z którego zawsze się śmiałem i zawsze uważałem za złom. Trafił się okazyjnie, za niewielkie pieniądze, niezgnity! Hatchback z lat 90, z najsłabszym oferowanym silnikiem – 1.1 benzyna, 55 koni. Fiat PUNTO!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!11111111111111 Kupiłem go taniej, niż sprzedałem golfa 3, a prowadzi się o niebo lepiej. Kierownicą kręci się lekko, w środku czysto i schludnie, tapicerka nieponiszczona, wsiada się wygodnie i nie siedzi się na samej ziemi. Jestem z auta zachwycony. Do wymiany amortyzatory i prawdopodobnie uszczelka pod klawiaturą, bo olejem cały zarzygany silnik. No i dziś go umyłem, jutro zobaczę czy to serio ta uszczelka puszcza. W golfie trójce 1.9d taka uszczelka kosztowała 52 złote. Do fiata punto ceny są inne – kupiłem ją w tym samym sklepie za JEBANE OSIEM ZŁOTYCH. Rozumiecie to? Mając golfa i 50 zł na weekend raczej się człowiek zdecyduje na flaszkę, popitę i czipsy. Szkoda kasy na głupią uszczelkę. We fiacie punto za 52 złote przeprowadzić można generalny remont silnika.

Kiedy zaczynałem pisać tu o motoryzacji, byłem radykałem. Coś jak ciapak krzyczący allahu akbar, tyle że ja krzyczałem VOLKSWAGEN PO WSZE CZASY. I gdybym miał turban z logo VW, to bym go dumnie na deklu nosił. Jakże mało wiedziałem wtedy o motoryzacji. Fiat punto, tak jak peżo 205, nie ma wskaźnika temperatury. Dla mnie abstrakcja. Zwłaszcza w starym rumplu, gdzie trzeba tego raczej pilnować. Bo potem koszt naprawy przekroczy wartość samochodu, a nie po to się kupuje auto za pół wypłaty, żeby w niego włożyć drugie pół. Ale okazuje się, że i punto może dawać radość z jazdy (sam nie wierzę, że to piszę; w tym momencie większość moich wiernych czytelników – jakieś 2 osoby, w tym ja – przestały czytać).

Najmocniejszy silnik z seicento – czterocylindrowe 1.1 – wsadzono do auta o klasę większego, gdzie stało się podstawową jednostką. W najtańszej wersji. Słabszego silnika w punto nie było. A mimo to cieszę się, że kupiłem to auto. Wiesz dlaczego? Bo jak jadę sto na godzinę, to wiem, że jadę sto na godzinę. Mówią mi o tym wszystkie zmysły. Delikatnie dziurawy tłumik – buczący pod obciążeniem – krzyczy, że to nie prędkość do miasta (mimo, że jadę poza zabudowanym). Nerwowy przy tej prędkości układ kierowniczy daje moim dłoniom do zrozumienia, że nie został dostosowany do jazdy po polskich chujowych drogach. Mimo to gaz w podłodze. Przecież potrafię jeździć. Miałem golfa 3 w dieslu, więc wiem, co to sportowa jazda samochodem. Zbyt wąskie opony nie pozwalają wchodzić zbyt szybko w zakręt, ale może dzięki temu się nie zabiję za szybko, bo wcześniej trochę zwolnię. Brak wskaźnika temperatury wyraźnie sygnalizuje, że to nie BMW. To niiiiiic! Skoro nie widzę, że się zaczyna przegrzewać, to znaczy, że temperatura w normie. Brak sprzeciwu oznacza zgodę. Gaz w podłodze. Słabe światła przypominają, że to dziadkowóz. A dziadek przecież w nocy nie jeździ. Ale ja mam przecież dobry wzrok. Co się może stać?

2017-09-06 10.09.18

Mówię Ci, najlepsze auta to rumple kupione okazyjnie za niewielkie pieniądze. Auta, od których nie oczekujesz nic, bo wiesz, że nie mają nic do zaoferowania. A potem się miło zaskakujesz, że jednak taki rumpel potrafił wywołać uśmiech na Twojej pryszczatej mordce. A jak się rozleci, to zero spiny – przecież kosztowało niewiele, więc nie oczekiwałeś od niego nic ponad to, że BĘDZIE.

A w międzyczasie już prawie zrobiłem prawo jazdy na tiry, został tylko egzamin na przyczepę i wreszcie będę mógł sobie pozwolić na coś lepszego, niż auta za tysiąc złotych. Tylko czy naprawdę potrzeba nam czegokolwiek więcej?

Koń Ecwałd prawi. Uczy i bawi. #1

Gdybym miał otworzyć firmę i zatrudnić ludzi, WSTYD by mi było oferować najniższą krajową. A obecnie firmom nie dość, że nie wstyd, to jeszcze piszą w chuj wymagań, mile widziane języki obce, mile widziane wykształcenie wyższe, mile widziane doświadczenie w składaniu kartonów, lizanie przełożonych po dupie (warunek konieczny).
No tak, bo człowiek po studiach i z doświadczeniem szuka przecież chujowej pracy za 1300-1400 zł na rękę. Ale i tak najlepsze są oferty typowo śmieciowe (zatrudnię ochroniarza z orzeczeniem, pracownika do wykładania towaru, itp), gdzie przyjmuje się i tak byle kogo, a w ogłoszeniu powieszonym na szybie sklepu piszą „Proszę składać CV w punkcie informacji”. CV? Może jeszcze list motywacyjny napisać, że zawsze marzyłem, żeby być ochroniarzem w je*banym tesco za 5,50 zł za godzinę? BRUTTO!

Brzydzę się polskim rynkiem pracy i polskimi pracodawcami. Trafić na normalnego szefa graniczy z cudem. Takiego, do którego przyjdziesz, powiesz „chcę pracować”, a on po 5 minutach rozmowy stwierdzi, czy masz zostawiać swój numer, czy raczej nie.
Już nawet nie chodzi o to, czy zapłaci na początku za przyuczenie. Tylko o to, że przed wieloma trzeba się płaszczyć, żeby w ogóle z Tobą zaczęli rozmawiać, czy Cię zatrudnią za najniższą krajową. A najbardziej mnie wkurwia bydło, które za te pieniądze idzie do pracy. Pamiętaj Polaku, jeśli pracujesz na pełen etat za 1400 zł miesięcznie, toś chuj złamany. Psujesz rynek pracy, pokazujesz korporacjom że można nas je*bać, pośrednio zmuszasz też wielu innych szarych zjadaczy chleba do pracy za głodowe stawki. Jak byłem na rozmowie w Gdyni („poważne stanowisko”, wideorozmowa z dyrektorem z Warszawy), zaczęło się od tego, czy 2000 zł które zaznaczyłem w aplikacji jako minimum, czy to naprawdę moje minimum. Ostatecznie kazali mi stwierdzić, ile muszę dostać żeby była rozmowa. Jak powiedziałem że 2500, bo dojazdy (albo mieszkanie w Trójmieście), poza tym na Gdynię i ogólnopolską firmę kolejową to wcale nie tak dużo, to po 2 tygodniach dostałem odpowiedź mailem, że nie spełniam ich wymagań. To mogli dopisać w wymaganiach: MILE WIDZIANE INNE ŹRÓDŁO DOCHODU, BO TU SIĘ NIE DOROBISZ, CHYBA ŻE GARBA. Ty nie masz wymagać, od wymagań jest szefostwo/zarząd. Ty masz napierdalać łopatą, żeby napełniać im tłuste brzuchy i opłacać im dekoratorów wnętrz. No i wakacje za granicą 2 razy w roku (warunek konieczny).
DZIADY. Polskie dziady.

Rozmowa o podwyżce zaczyna się w momencie, kiedy chcesz się zwolnić. I nie wtedy, kiedy zagrozisz wypowiedzeniem, ale dopiero, gdy je fizycznie położysz na biurku szefa. Nagle się frajer budzi z letargu i dociera do niego, że może faktycznie warto dorzucić coś swojemu Sancho Pansie za odwalanie całej roboty za niego. Jeśli tego nie zrobisz, przy rozmowie o pieniądzach będzie Cię zbywał i zasłaniał się kryzysem, rentownością firmy, itp. Tylko że jak ktoś już składa wypowiedzenie, to zazwyczaj faktycznie chce się zwolnić bo ma dość, i ciężko zmienić to dorzucając 2 stówy do pensji. Ja na przykład przy decyzji o zwolnieniu się nie kieruję się wyłącznie pensją. Jak dojdzie do impulsu, który w końcu mówi „Dość, Piotr, spierdalamy stąd”, to od razu pojawiają się inne argumenty, jak na przykład: rodzaj wykonywanej pracy, stosunek współpracowników do mnie i do wykonywanych obowiązków, chęć zmiany, chęć poznania czegoś nowego. Ciężko nagle je wyrzucić z głowy tylko dlatego, że od przyszłego miesiąca za tkwienie w tym gównie dostanę 2 stówy więcej.

Dlaczego ze wszystkich pracodawców, których miałem, najlepszy okazał się człowiek rok młodszy ode mnie, który zatrudnił mnie przez przypadek, bo miałem na 3 godziny zastąpić pracującego tam kolegę? Zostałem wtedy do końca dnia, następnego dnia znów przyszedłem, i jakoś tak zostałem na dłużej. Warunki płacowe jasno określone (płatne zawsze na czas), wymagania bardzo niewielkie (zależy kto co lubi w sumie), szef, który liczy się ze zdaniem pracowników, szanuje ich i stara się rozwiązywać powstałe problemy. Człowiek, z którym można się pośmiać, pożartować, on wie, że może polegać na mnie, a ja wiem, że mogę polegać na nim. Nie musiałem składać CV, przed nikim się płaszczyć, zostałem od początku potraktowany jak równy z równym.

Inna sprawa, że gdybym miał wylane na tę pracę i nie przykładał się do tego, co robię, to bym na pewno nie był tak dobrze traktowany przez cały czas. Ale w Szwajcarii i Austrii też zapierdalałem jak mogłem, nie ociągałem się, byłem rzetelny w tym co robiłem, mimo tego, że musiałem się wszystkiego prawie uczyć od zera. Starałem się naprawdę bardzo mocno. Jakoś tam stary poniemiecki chuj nie potrafił tego docenić. Dlatego jak zobaczyłem swoją wypłatę (która nie była na początku ustalona, miała być określona na podstawie mojej pracy), to tego samego wieczora się spakowałem, a na drugi dzień rano wyszedłem na pociąg, i 24 godziny później byłem w domu. Nie będę sobie żył wypruwał na jakiegoś dziada, który nie potrafi tego docenić.

A tak poza tym, omegę naprawiłem. Jakoś tak wyszło. Wymiana uszczelki pod głowicą, planowanie głowicy, wymiana uszczelki pod kolektorem wydechowym i pod klawiaturą, wymiana termostatu – 900 zł. Jazda autem, które się nie gotuje – bezcenne. Następna rzecz, to najprawdopodobniej poliuretany do przedniego zawieszenia. Bo na poprzednich tulejach pojeździłem trochę ponad miesiąc i znów zaczęły tłuc. Pod koniec miesiąca wychodzi przegląd i ubezpieczalnia. Składka OC wzrosła mi z 750 do 911 zł. Tragedii w sumie nie ma. Po odpoczynku od opla i przejechaniu passatem dobrych kilku tysięcy kilometrów (w okolicach dziesięciu) fajnie było się znów przesiąść do automata, w którym wspomaganie pięknie chodzi, a przy stu na godzinę można wcisnąć gaz w podłogę i bez problemu wyprzedzać, bo sprawna dwulitrowa benzyna jakoś tę budę odpycha do przodu.
No i to tyle, drodzy Państwo. Kto dotrwał do końca, to w razie czego zwrócę mu za onkologię. W tym celu proszę wysłać CV i list motywacyjny na mój adres: samochodylat80 [szympans] gmail.com . Proszę o zawarcie zgody na przetwarzanie danych osobowych i zgodę na sprzedaż tych danych bankom (warunek konieczny). Mile widziane doświadczenie.

Pozdrawiam,
Piotr Wiśniewski.

Kiedyś 1.6D to był szał…

Dlaczego człowiek tak zajarany motoryzacją jak ja kupuje sobie opla? Przecież to marka samochodów stworzona dla ludzi, których motoryzacja nie interesuje, a chcą się jedynie przemieścić z punktu A do B.

Boże, jaki opel jest chujowy. Dlaczego dwulitrowy czterocylindrowiec musi brzmieć tak beznadziejnie? Czemu głupia almera 1.5 potrafi rasowo zaryczeć przy wyższych obrotach, a oplowski, większy o PÓŁ LITRA silnik brzmi tak, że chciałoby się go jak najbardziej wyciszyć? Normalnie wstyd. Co ciekawe, Niemcy POTRAFIĄ zrobić dobrze brzmiące 4 cylindry. Dowodem jest mercedesowskie 2.3, benzynowy silnik montowany na przykład w 190-tce. Jest to oczywiście starsza konstrukcja niż oplowski ecotec, ośmiozaworowa, większa o 0,3 litra, ma 2 zawory na cylinder (oplowski – 4), no i przede wszystkim nie ma tylu głupich systemów „optymalizujących” emisję spalin. Ot, zwykły normalny czterocylindrowiec. Brzmi świetnie. Cicho mruczy, wciska w fotel, tylko ze spalaniem nie ma takiej przewidywalności jak w omedze.

Z tego co zauważyłem japońskie samochody Z REGUŁY brzmią rasowo. Tam nie musi być sześciu cylindrów, żeby poczuć ciaśniejące spodnie po przegazówce. Zwykły standardowy 1.6 w subaru imprezie robi robotę. Bulgocze tak przyjemnie… I oczywiście, wiem, że to nie rzędowa czwórka, a bokser, no ale jednak jest to dowód na to, że wielkość silnika nie musi przesądzać jego brzmienia.

Dalej. Omega nie jest autem, które czujesz. Omega jest autem, którym po prostu jedziesz. Jest wygodnie, fajnie, jest trochę ociężała, ale komfortowa. Ale kurde, to auto z 99 roku. A o wiele lepiej czułem podczas jazdy passata b2 z lat 80. Tam wszystko było wyraźne. Nie było wspomagania kierownicy, bo nie było potrzebne, silnik 1.6 D, jechał wystarczająco dobrze. Wszędzie można było wjechać, bo nie leżał nisko na ziemi jak omega. No i okej, też nie jest to samochód dla pasjonata wyścigów. Ale dla mnie to wzór jeśli chodzi o auta. Największy model osobowy Volkswagena z tamtych lat, a był lekki, zwinny, dynamiczny I WYGODNY. Ponadczasowa linia karoserii tego kombi do tej pory wygląda doskonale. Niby Opel Ascona (jego konkurent z tamtych lat) też jest ładny, bo jest, naprawdę mi się podoba, zwłaszcza hatchback, ale… jednak czegoś tam brakuje. W Passacie B2 już nie trzeba nic poprawiać. A o Asconie można powiedzieć, że „jest ładna, ALE…”.

Dawno nie jeździłem niczym nowym. Dam znać, jak kupię kolejnego złoma za chujowe piniondze. Już się nie mogę doczekać…

A na koniec piosenka.

Koń przemawia #4. Jak najlepiej zainwestować pieniądze?

Po wieloletnich badaniach polscy naukowcy doszli do wniosku, że najlepsze, co możesz zrobić z uzbieranymi pieniędzmi, to… je WYDAĆ. To znaczy… Mówiąc „polscy naukowcy” miałem na myśli siebie samego, a mówiąc „wieloletnie badania” miałem na myśli moje całe życie pełne przemyśleń. Od niedawna rozwożę pizzę i powiem Wam, że nigdy bym nie pomyślał, że to zajęcie może być tak bardzo satysfakcjonujące. Jest sobie zespół młodych, zajebistych ludzi, oni ogarniają restaurację, przygotowują pizzę do wyjazdu, a ja ją zabieram do torby, wbijam adres w nawigację i jadę. Chociaż po dwóch tygodniach już coraz rzadziej muszę się wspierać mapą. Ale wrócimy do tego. Chciałem powiedzieć o czymś ważniejszym. Po raz kolejny przekonałem się, że nie ważne CO robisz, nie ważne gdzie pracujesz, ważne Z KIM. Bo jak masz fajnego szefa i fajnych współpracowników, to nawet kopanie rowów może być fajnym zajęciem. A jak szef jest chujowy, a ludzie, z którymi pracujesz to banda debili, to nawet 20 zł za godzinę nie będzie satysfakcjonujące.

Dawno, dawno temu usłyszałem pojęcie „antykariery”. Oznacza to takie życie, gdzie nie pniesz się coraz wyżej po szczeblach w firmie, nie dostajesz co chwila awansów, nie musisz się o nie starać, bo jest ci dobrze tam, gdzie akurat jesteś. I wtedy jesteś szczęśliwy, bo nie rosną ci co chwile wymagania, pensja, ani potrzeby. Żyjesz sobie spokojnym życiem, robisz to, co lubisz, jeszcze ci płacą za to, a życie jest wolne od stresu. Jest to tak jakby ucieczka z wyścigu szczurów. Tak jakbyś biegł ze szczurami, ścigał się z nimi, a w pewnym momencie zadał sobie pytanie „ale po ch*j to wszystko?”. Zatrzymujesz się, stajesz z boku i wtedy dostrzegasz, że oni są tak zapatrzeni w cel, że nie widzą cudownego życia, które je otacza. Że oni mijają tyle czekających na nich szans, nawet ich nie dostrzegając. Kładziesz się na leżaku, sączysz drinka i cieszysz się życiem. A oni biegną, ciągle biegną, w nadziei że osiągną to coś, co im pokazano na ekranie. Na końcu osiąga to i tak jeden na sto, a reszta umiera nie mając nic. Bo czymże jest wypasiona chata, kilka fajnych samochodów i comiesięczny gruby hajs, jeśli nie masz go z kim dzielić? Po co ci ta grupa nowych znajomych, skoro interesujesz ich tylko dlatego, że masz marmury w domu i basen na podwórku? Tak jak w zasadzie Pareta – wykonując 20% tego co najlepszy szczur (:D) możesz osiągnąć 80% tego, co on osiągnął. Oczywiście musisz wybrać odpowiednie 20 procent. Ale nie trzeba mieć samochodu za sto tysięcy. Auto o wiele tańsze spełni swoją rolę tak samo. No chyba, że zależy Ci na szpanowaniu chromowanymi 19-calowymi felgami, sprzętem car audio za kilka tysięcy, błyszczącym perłowym lakierem i otwieranym dachem. Ale w takim wypadku jesteś jednym ze szczurów, które po to biegną, nie mając żadnej gwarancji. (Wtedy ten blog nie jest do Ciebie skierowany i nie znajdziesz tu nic dla siebie.) A przecież stary opel w gazie też dowiezie Cię nad morze. Bez wielu tysięcy na koncie też prześpisz się w jakimś hoteliku. A że nie będzie w nim złotych klamek, klimatyzacji w pokoju i dżakuzi w łazience? Co z tego. Na końcu i tak liczy się czas, który spędzisz poza domem, chwile, które przeżyjesz, emocje, których doznasz, a nie to, czy na grillu ze znajomymi jadłeś złotym widelcem, czy plastikowym. Czy na grilla pojechałeś furą za kilkaset tysięcy, czy starym golfem.

A tak w ogóle, to już drugi raz pojechałem na rozmowę kwalifikacyjną do dużej kolejowej firmy, by się dowiedzieć (2 tygodnie po rozmowie, drogą mailową), że nie spełniam wymagań kwalifikacyjnych na to stanowisko. Te osły nawet nie zadały sobie trudu sprawdzenia mojego CV. Rozmowa trwała 45 minut, w formie wideokonferencji, z dyrektorem z Warszawy i naczelnikiem, który byłby moim bezpośrednim przełożonym. I to było według nich odpowiedzialne stanowisko, na które chcą wziąć kogoś, kto rzetelnie będzie wykonywał swoje obowiązki, musieli zająć tyle czasu dyrektorowi, naczelnikowi i kobiecie z kadr, a jak doszło do zarobków (w których w aplikacji zaznaczyłem minimum „2000 brutto”), to się zapytali czy to jest na pewno moje minimum, czy możemy jeszcze o tym porozmawiać. No k*rwa to może ja w wolontariacie przyjdę? Codziennie będę jeździł (2 godziny w jedną stronę) do Gdyni, wykonywał ODPOWIEDZIALNĄ PRACĘ przez 8 godzin, po czym znów 2 godziny przeznaczę na powrót, i po całym miesiącu moją motywacją do dalszej pracy będzie to, że oni w ogóle zechcieli mnie przyjąć. Ja pi*rdolę, co się dzieje z tą Polską. Co za głąby. Ale jakie zamieszanie, rekrutacja przez internet, telefon z odpowiedzią, że będzie WIDEOKONFERENCJA Z WARSZAWĄ, odpowiedzialne stanowisko, rozmowa z dyrektorem, po czym kobieta się pyta czy te 2000 brutto to na pewno moje minimum, czy możemy jeszcze o tym podyskutować. To już lepiej mnie potraktował koleś w salonie samochodowym, gdzie zaproponował 1500 zł na rękę na początek, jeśli się sprawdzę to po 4 miesiącach 1800 zł na rękę (i od samego początku od zera do max 500 zł premii miesięcznej, wedle uznania szefa). Po czym powiedziałem, że przykro mi ale mi się po prostu by nie opłacało tam jeździć, bo na same bilety miesięczne wydałbym 400 zł. Na co odpowiedział, że rozumie to i uznaliśmy, że to może nie są najmniejsze pieniądze, ale po prostu musi przyjść ktoś lokalny, wtedy będzie się mu opłacało. Podziękowaliśmy sobie i rozeszliśmy każdy w swoją stronę. Można? Można. Ale nie, trzeba się płaszczyć przed wielką państwową firmą i błagać ich, żeby przyjęli Cię do pracy fizycznej za najniższą krajową. I odpowiedz takim ludziom na pytanie „dlaczego powinniśmy wybrać właśnie pana?”.

– Bo będę wierny jak pies, nawet nadgodziny zrobię za darmo, tylko dajcie popracować, bo tęskno mi kurwa do łopaty!

Osły.

No. Ból dupy wylany do internetu, to mogę sobie żyć spokojnie dalej.

Ale wracając do rozwożenia pizzy. Najgorsze w tym wszystkim jest… A raczej są… niedzielni kierowcy. Ruch uliczny pełen ludzi, którzy nie myślą za kółkiem. To jest gorsze nawet od ludzi, którzy marudzą, że długo czekali na pizzę, chociaż przy zamawianiu im się mówi, że będą czekać ponad godzinę. Nie wiem jak to jest trudno niektórym pojąć, że jak jest duży ruch, to się pewnych rzeczy nie przeskoczy i koniec. Szef kuchni robi jedną pizzę na raz, tak jak TY robisz jedną pracę w danym czasie. Do pieca nie wejdzie na raz 10 pizz. A przed Tobą zamówiło jedzenie już parę osób, więc musisz swoje CHAMIE odczekać. Nie pasuje, to nie zamawiaj. No ale oczywiście takiego durnia trzeba przeprosić i zawsze wyjaśnić, dlaczego czekał tak długo. A na co dzień są TYLKO DWIE OPCJE: 1. Dużo zamówień. 2. Korki w mieście. Z czego najczęstsza jest ta pierwsza. Ewentualnie, raz na jakiś czas, może się też zdarzyć wypadek losowy. Różnie w życiu bywa. Ale taki człowiek myśli inaczej: PEWNIE KIEROWCA SPECJALNIE DŁUGO JECHAŁ.

No dobra, wracając do tytułowego tematu. Jak najlepiej zainwestować 5, 10, 20 tysięcy złotych? (uwaga – będzie sarkazm) Kup sobie telewizor tak wielki, żebyś miał problemy z wniesieniem go na trzecie piętro, i zrób to w takich godzinach, żeby wszyscy sąsiedzi to widzieli. (koniec sarkazmu) A jeśli wyszedłeś już z wyścigu szczurów – POJEDŹ GDZIEŚ. Twórz wspomnienia. Milej się wspomina wakacje za granicą niż KUPNO NOWEGO TV. Koszty są podobne, a za 20 lat i tak tego ekranu nikt nie będzie pamiętać. Wiadomo, że fajnie mieć telewizor, od czasu do czasu obejrzeć film, serial, może jakiś ciekawy program na discovery… Ale 32 cale do tego wystarczą, nie musisz mieć ich 55. Pomijam już nawet fakt, że ludzie żyją bez telewizora i też się świetnie mają.

Chociaż z drugiej strony… Wiesz co? Rób co chcesz, kup se TV, płać za noc w hotelu 1200 zł, bo to apartament, zbieraj całe życie na super furę klasy premium, nic mi do tego. Bylebyśmy nie musieli ze sobą rozmawiać, bo nie będziemy mieli nawet o czym. Kupuj kapcie za 499 zł tylko dlatego, że jest na nich krokodylek. Czekaj na swoją dziewczynę 3 godziny przed wyjściem na imprezę, bo przecież ona nie może się pokazać niedoskonała, nażeluj sobie włosy, zadbaj o to, żeby wszyscy mieli Cię za człowieka sukcesu, a ja wykąpię się w rzece i wsiądę do swojego starego busa z łóżkiem w środku, wyciągnę leżak, rozłożę się i będę sobie słuchał szumu płynącej wody. Siedząc w spodenkach z lupmeksu i pijąc kadarkę za 10 zł. I nie będę się przejmował tym, czy ktoś na mnie patrzy i widzi MOJĄ BIEDĘ. Niech myśli co chce, dopóki ja się dobrze czuję z moim życiem, to wszystko jest okej. Czego i Wam, czytelnicy życzę. :D

Piotr Wiśniewski.

Miłość nie wybiera. Czy coś.

Pierwszego razu się podobno nie zapomina. I wszystkie następne porównuje się do właśnie tego pierwszego. Coś w tym jest. Passat b2 był pierwszym samochodem, w którym spędziłem tak wiele czasu i przejechałem tyle kilometrów… Wciąż porównuję do niego wszystkie kolejne. I jak widzę dwudziestocentymetrową dźwignię zmiany biegów to mną rzuca. A taka jest w polo 86c2f, które mamy w rodzinie. Zmiana biegów to ohyda. Nie zrozumcie mnie źle – w T3 dźwignia jest jeszcze dłuższa. Ale tetrójką się jeździ jak autobusem, więc długa dźwignia tworzy pewien klimat… Którego nie lubię w osobówkach! Zmiana biegów w aucie z manualną skrzynią to czynność, którą wykonuje się bardzo często podczas jazdy, więc powinna sprawiać przyjemność tak samo jak skręcanie kierownicą. Jakoś w passacie b2 wszystkie powyższe kryteria były spełnione. Do tego ułożenie pedałów gazu, sprzęgła i hamulca – było doskonałe. Dlatego ciężko mi przeżyć, że volkswagen w modelu polo już tego tak dobrze nie wykonał.

Jak sobie przypomnę jazdę bedwójką… Dokładnie pamiętam twardo-miękkość jego zawieszenia, wysiedziany fotel kierowcy, jego reakcje na skręcanie kierownicą, na wciśnięcie gazu (zwłaszcza w turbodieslu…), a nawet to, jak ciasno było na tylnej kanapie, kiedy siedziało się tam w trzy osoby :D. Cudne auto. No właśnie… A może nie samo auto, tylko wspomnienia pierwszego powiewu wolności we włosach, zaraz po zdaniu prawka? Właśnie tak się zastanawiam – czy tęsknię za autem, czy za młodzieńczym szaleństwem i nie wymaganiem niczego poza tym, by jeździło? Jakoś nie liczyło się wtedy, że jest pordzewiały a na jednych drzwiach brakuje listwy. I że trzeba porządnie walnąć klapą bagażnika, żeby się zamknęła. Nie przeszkadzał brak klimy, ani centralnego zamka. Bo jak już wsiadłeś i przekręciłeś kluczyk, to odpalił i był gotów zawieźć Cię na koniec świata. A przynajmniej takie sprawiał wrażenie.

Kurde, odpocząłem już, muszę sobie znowu kupić jakiegoś vw z tamtych lat :D.

Takie maiłem życiowe przemyślenia :D

Dawno nie było tu nic nowego. Wielki powrót człowieka oświeconego :D

Bo hajs z wordpressu się musi zgadzać.

Będzie o polityce (straciłem właśnie 77% czytających :D), ale spokojnie – nie w ten sposób, do jakiego przywykliście. Zaczniemy od razu z grubej rury bo nie chce mi się pisać wstępów. Nie jestem przecież na polskim :D.

Siedzę sobie w pracy, przerwa, kilka osób jeszcze siedzi. Radio gra. Wtem – wiadomości. Jakiś koleś jechał bez prawka samochodem, a wcześniej zażywał „narkotyki”. Nie wiem jakie, nie pamiętam czy spowodował wypadek. Powiedzieli, że grozi mu do iluśtam lat więzienia. I jeden z kolegów z brygady rzucił „i takiemu i tak nic nie zrobią”. DOKŁADNIE! Poczekałem na chwilę ciszy i zacząłem mówić swoje „mądrości”, których tylko część im wyłożyłem, ale w rozwiniętej formie podaję tutaj:

No i kurwa nie lepiej byłoby w dyktaturze, w jakimś reżimie? Jak taki palant się by nie potrafił zachować, to zaraz na dołek chama, a potem do kamieniołomu, kilof w rękę i garść ryżu dziennie. Bo po chuj taki żyje? Jaki pożytek ma z niego społeczeństwo? Naćpa się i prowadzi auto? Już pomijam że bez prawka, bo to nieraz nie definiuje umiejętności. Najważniejsze jest tutaj że wsiadł za kółko po substancjach odurzających. I nieważne czy to będzie jakiekolwiek ćpanie czy jakikolwiek alkohol. Wsiadasz odurzony za kierownicę? Nie ma litości, nie ma czekania aż coś się stanie. Najpierw spałować, a potem do kamieniołomu. Taki debil nie zmądrzeje. Nie wierzę w to. Jestem całkowicie przeciwny pijanym kierowcom i nie ma tu żadnej wymówki. Nic się nikomu nie stało? To fajnie, ale nie zamierzamy czekać aż się stanie, żeby Cię chamie ukarać. <– Takie powinno być stanowisko państwa i służb porządkowych!

Oczywiście, nie mówię o kimś, komu wykaże 0,19 promila bo wczoraj się ostro napił a jest już dziś popołudnie i czuje się ten koleś dobrze. Ale jak ktoś TYPOWO SIĘ NAJEBIE I JEŹDZI AUTEM to nie ma litości. To samo w przypadku ćpania. Ba! Przecież człowiek nieraz jest tak zmęczony PO PRACY nawet, że też nie powinien prowadzić. Ale tego już w przepisach nie ma, bo nie ma jak sprawdzić… Ale to odrębny problem, na inną okazję.

Teraz o wolności.

Świat mnie skrzywdził. Skrzywdził mnie, jak i setki tysięcy młodych Polaków. Za młodu wpajano mi że mogę być kim zechcę, że mogę mieć wszystko czego zapragnę, itp. A może i sam sobie wmówiłem, oglądając filmy typu „sekret”. Teraz jestem rozczarowany, bo do niczego nie przyłożyłem się z wystarczającą determinacją i nie mam nic. Obiecali złote góry, a żyjemy dalej w Polsce. W państwie, w którym samotna matka zarabiająca najniższą krajową nie łapie się na zasiłek na dziecko, bo ma za duży dochód na osobę w rodzinie. Narobiłem sobie marzeń, a teraz jestem rozczarowany. Chyba wolałbym od początku wiedzieć że jestem niewolnikiem albo zwykłym szarym chłoporobotnikiem, nie mieć ambicji i marzeń. Wtedy nie miałbym też tylu rozczarowań.

Nauczyli nas marzeń, a teraz każą zwolnić.

Chciałeś być jak faraon, a żyjesz jak niewolnik…

Kolega z pracy powiedział mi o swoim koledze – w wieku 50 lat wyjechał do Norwegii jako elektryk, zaczął tam pracować, teraz tam żyje, zarabia tyle że (uwaga!) – stać go na życie tam (mieszkanie, jedzenie, życie ogólnie no), wysyła rodzinie tutaj pieniądze (utrzymanie rodziny, drugi dom/mieszkanie) i jeszcze ODKŁADA WIĘCEJ NIŻ JA TERAZ ZARABIAM. Czy to nie jest absurdalne? Zarabia tyle, że stać go utrzymać dwa domy/mieszkania, rodzinę tutaj, siebie tam, i jeszcze odkładać więcej niż ja teraz zarabiam w Polsce. Musiałem to powtórzyć. CO TO SĄ ZA ATOMOWE PIENIĄDZE!

Ja rozumiem, że tam są inne ceny. Ale ceny np. paliw nie różnią się tak bardzo po przeliczeniu. Ceny elektroniki też. Tutaj 400 zł, za granicą 100 euro. I jeżeli tutaj człowiek zarobi 2000 zł, a np w Niemczech 2000 euro, to jednak więcej paliwa kupi TAM. Więcej wygód. Bo życie to nie tylko chleb i rachunki za prąd. Niby nie jest takie ważne, że masz 15 letni samochód, ale kurwa, tam młody człowiek pojedzie i po paru latach zbierania kupi sobie NOWY samochód! Z salonu. A jak nie chce zbierać to weźmie na kredyt. I dalej będzie go stać na życie. Bo auto, które tutaj kosztuje 60 tysięcy (złotych), tam kosztuje 15 tys (euro). Tutaj to powiedzmy 30 pensji, a tam niecałe 8.

Dlatego ja rozumiem, że Cię człowieku nie interesuje polityka, chcesz tylko mieć spokój. Ale nie pójście na wybory nic nie da! Idź, i zagłosuj na kogokolwiek spoza bandy rządzącej. Jeśli nawet ten człowiek nie wygra, to przynajmniej będziesz miał spokój wewnętrzny, bo postąpiłeś zgodnie ze swoim sumieniem.

Następny problem.

Jak mnie strzela nie_powiem_co, jak słyszę debatę czy zioło powinno być legalne czy nie. Przecież tu nie chodzi o to, żeby kogoś zmuszać do jarania! Nie chcesz – nie pal. Ale nie każ wsadzać do więzień tych, co sobie od czasu do czasu zapalą!

Wiem jak jest przedstawiany w tv pan Korwin Mikke. Ale w jednym musicie mu przyznać rację. Powiedział on, że Państwo nie powinno mieć w tej sprawie ŻADNEGO STANOWISKA, ani legalizować, ani nie zabraniać. Tak jak nie ma stanowiska wobec jedzenia trawy z własnego trawnika, albo dłubania w nosie. Koniec „luźnego cytatu”. Chuj to państwo obchodzi, że ja sobie zajaram od czasu do czasu. A że przez NARKOTYKI jest wiele ludzkich tragedii – owszem. Ale czy przez alkohol jest mniej tragedii? Bo mi się wydaje że o wiele więcej. A alkohol jest legalny. Po prostu jak ktoś ma rozum, to mu nic nie będzie. A jak nie ma rozumu, to żadne zakazy mu nie pomogą.

I pojawia się zwykle durne pytanie ze strony dziennikarzy, durnych bab w tv i tym podobnych niekompetentnych kontrrozmówców – a dałby Pan swojemu dziecku marihuanę? Oczywiście że nie. Ale to nie znaczy, że osoba dorosła ma mieć zabronione. Bo alkoholu i papierosów też nie dałbym swojemu dziecku, a są legalne. Od 18 lat.

A najlepsze jest pierdolenie, że dilerowi opłaca się dać „działkę” za darmo, bo potem osoba się uzależnia i przychodzi do niego po więcej. Jakoś mi nikt nie chciał niczego dawać za darmo :D. A chętnie bym wziął.

I tyle. Com napisał, napisałem. Czekam na odpowiedzi, komentarze, maile od fanów (jest nawet specjalny adres: samochodylat80@gmail.com). :D Mówcie koniecznie czy nowa formuła (nowa tematyka) bloga się Wam podoba. I tak tego nie uwzględnię, ale przynajmniej będziecie mieli poczucie, że macie na to jakiś wpływ (to tak samo jak z naszymi petycjami do rządu :D).

Piona!

Piotr Wiśniewski.

O tym jak volkswageniarz kupił Opla i jak na tym wyszedł

Witojcies, hej!

Czas odkurzyć tego bloga. Dziś mam przynajmniej ku temu okazję. Będzie historia o uczuciu które nagle zapłonęło, potem zostało zduszone siłą, a potem z tęsknoty zapłonęło znowu. :D Ale do rzeczy.

omega

Dokładnie rok temu posiadałem Opla Omegę. Był dwukolorowy, można powiedzieć – w barwach maskujących: zielony jako kolor bazowy i do tego brązowe wykwity rdzy na każdym elemencie karoserii. Ciekło mu spomiędzy silnika a skrzyni biegów, nie zamykał się (przez problemy z imobilajzerem), palił trochę za dużo (14 litrów gazu, niby powinien palić 12). Ale dałem za niego 450 złotych, więc szczerze mówiąc przejmowałem się jego wadami tak bardzo, jak kolejnym dzieckiem Angeliny i Brada. Sam przed sobą musiałem się tłumaczyć, dlaczego taki ortodoksyjny volkswageniarz kupił sobie Opla. Tłumaczyłem sobie to ceną. Wmawiałem sobie, że nigdy bym takiego nie kupił gdyby kosztował więcej… Wtem, po pewnym czasie zaczęła mi pasować wygoda, jaką dostarczał ten samochód.

Jeżeli wyobrazicie sobie Wasze ulubione buty, w których czujecie się najlepiej… albo nie. Durny przykład. Inaczej. Siedzicie w fotelu przed telewizorem, nogi wysoko na pufie :D po lewej na stoliku kubek herbaty, w prawej ręce pilot. Poczujcie ten stan głębokiej relaksacji… Pozycja półleżąca, jesteście odprężeni, odpoczywacie, dla Waszych oczu istnieje tylko obraz telewizora, a dla Waszego prawego kciuka – dwa przyciski od zmiany kanałów. Szukacie czegoś do pooglądania i ruszacie tylko tym kciukiem. Takie bardzo mało angażujące zajęcie. I nic w tym trudnego. Tak samo z prowadzeniem Omegi. Siedzisz zrelaksowany, pod prawą ręką masz cały kokpit, a dojeżdżając do domu zaczynasz zawsze tę samą procedurę – włączasz kierunkowskaz, zwalniasz. Wyłączasz nawiew, domykasz szybę kierowcy, jeśli jest noc to wyłączasz długie, ściszasz radio, powoli dohamowujesz i skręcasz w podwórko. Zatrzymujesz się, wyłączasz światła, radio, gasisz silnik. Wszystko robisz tak, jakbyś znał to auto od nowości. A jeździsz nim dopiero miesiąc.

Naprawdę bardzo łatwo jest się przyzwyczaić do wygody. Nawet głupie zamykanie drzwi w takiej dwudziestoletniej Omedze było zajebiste. Wsiadłeś, ciągnąc drzwi w swoją stronę przełamałeś pierwszy opór i dalej już same leciały. Nie trzeba trzaskać, same się zamykają. No co za boska rzecz! W Oplu musiałem zmienić przednią szybę (350 zł), zrobić przegląd, zmieniłem potem olej z filtrem, jeszcze jakieś parę złotych na niego wydałem, a ostatecznie przy sprzedaży byłem jeszcze kilkadziesiąt złotych do przodu!

Niecały rok później nabyłem swój pierwszy porządny samochód, za kwotę większą niż tysiąc złotych (osobisty sukces!). Chciałem balerona albo omegę, ale koniecznie w automacie. Bo skoro ktoś wymyślił urządzenie wykonujące pracę za mnie, to dlaczego miałbym robić to na siłę sam? Zwłaszcza, jeżeli zależy mi na komforcie podczas jazdy. Wbijasz „De” pod domem, a następna zmiana „biegu” dopiero pod koniec trasy. Bajka. Wracając jednak do tematu – długa historia, ale trafiło na właśnie Opla Omegę. Drugi Opel. Druga Omega. Kupiłem od handlarza, który przywiózł z Niemiec. Zarejestrowałem, ubezpieczyłem i zacząłem jeździć. ANI NA MOMENT nie mogąc wyjść z podziwu, jakie to auto jest zajebiste. I pewnego dnia się po prostu zepsuło.

Tak szybko Was przeprowadzę przez fakty bo już jestem zmęczony :D. Przestał działać nawiew i grzanie tylnej szyby. Spalony bezpiecznik. Wsadziłem drugi. Przekręcam kluczyk – spalił się znowu. Mechanik poszukał zwarcia, odizolował i wziął 150 złotych. ALE DZIAŁA! Jeżdżę. Kilka dni później po pracy wsiadam do niej, odpalam. Załapała, po chwili piardła, śmiechła i zdechła. Na nic wszelkie próby uruchomienia, na nic sprawdzanie bezpieczników. Na nic ładowanie akumulatora i ponowne kręcenie. Paliwo jest, prąd jest, ale kręcił jakby paliwa nie dostawał. Trudno. Stał parę dni pod zakładem pracy, aż śmiali się „współpracownicy”, że od dziesiątej będzie otwarty skup metali kolorowych, może odzyskam trochę kasy. „Śmiejcie się teraz – pomyślałem sobie – bo kiedy moje auto działa, to żaden z Was nie ma lepszego”. :D

No i dziś w nocy byłem w pracy właśnie, pojechałem passatem. Po pracy pomyślałem sobie, że zajrzę do Omegi, zobaczę czy słychać działanie pompki paliwa w baku. Przekręciłem kluczyk – kurde, chyba słychać. To dawaj, przekręciłem do końca. ZAPALIŁ! Zapalił jebany! AAAAaaa!!! Ale super! Tylko co teraz zrobić z passatem? :D Zostawiłem go pod pracą, on zawsze odpali, po południu sobie go mogę odebrać. A Omega nawet jeśli znowu nie odpali, to przynajmniej stoi pod domem.

Ale co jest najważniejsze w tym wpisie – MÓJ SAMOCHÓD SAM SIĘ NAPRAWIŁ!!! Jak ktoś mi powie, że to nie autobot, to przestanę z nim gadać :D. Normalnie zajebista rzecz. Teraz nie potrzebuję mechanika. Naprawiam samochody siłą umysłu :D. W każdym razie dojechałem do domu, po drodze gasząc na cepeenie, odpalił też jak gdyby nigdy nic. I znowu jestem szczęśliwym posiadaczem Opla Omegi. Do następnej awarii. Wtedy będę po prostu posiadaczem. Ale przynajmniej nauczyłem się jednej rzeczy na przyszłość – nigdy więcej nie oddam auta do mechanika. Po prostu odczekam kilka dni i się samo naprawi. Za darmo!

Zacząłem remont samochodu. Jak na razie wymieniłem już z tyłu żarówkę.

Dawno temu, jeszcze przed wojną_o_Ukrainę zakupiłem starego klasycznego Opla. No dobra, klasy to już w nim nie ma, a klasykiem raczej nigdy nie zostanie, ale kupiłem starego Opla. Omega B, pełnoletni był już 2 lata temu. Dopiero w 97′ zaczęli je „ocynkowywać”, więc mój egzemplarz jest podatny na korozję. A mówiąc mniej dyplomatycznie – po prostu już go ruda zżera żywcem. Zabawne, bo jeszcze z rok temu to samo koledzy mówili o mnie. No ale do rzeczy.

Jedną z „napoczętych” przez rdzę części mojego auta była klapa bagażnika. Nie miałem dokładnego zdjęcia, więc pozwoliłem sobie na edycję takiego ogólnego by uwydatniło nieco tę wadę. Słabo widać, ale na żywo aż raziło w oczy (dół klapy):

ObrazekPojechałem z tym do Cytryna i Gumiaka, ale chcieli za robotę 10 złotych… Dla mnie za drogo. Postanowiłem zrobić to samemu, jednocześnie zaoszczędzając pieniądze, które pozwolą mi na przejechanie tym cudem aż 31 km (ha! hack the system!). Zabrałem się do pracy. Na początek szczotka druciana – i jechana.

ObrazekWżery są takie głębokie, że gdzieniegdzie nawet szczotka nie dochodziła, ale skoro nie dochodzi szczotka to znaczy, że lepiej się nie da, prawda? DOKŁADNIE! Wziąłem więc papier ścierny (jakiś gruby, bo do takich napraw to im grubszy tym lepszy, tak mi powiedział daleki kuzyn piekarz, on to się zna na robocie) i przejechałem tym papierem tam gdzie zamierzałem pomalować. Tak byle jak, bo słyszałem że najprostsze odpowiedzi są zazwyczaj najwłaściwsze. Następnym krokiem był wybór gazety, którą zamaskuję ten fragment, gdzie nie będę malował. Nie mogło to być jakieś ścierwo pokroju Faktu czy innego SuperEkspresu, więc wybrałem Dziennik Bałtycki. Myślałem jeszcze nad Wyborczą, ale akurat u nas w sklepie już jej nie było. Taśmą malarską okleiłem jeszcze_nie_nadgryzione elementy i fragment do pomalowania przejechałem jakimś rozpuszczalnikiem, czy benzyną ekstrakcyjną (toż to jeden diabeł). Gotowy do malowania element wyglądał więc tak:

ObrazekKiedyś po czymś zostało mi trochę farby w spreju, koloru czarnego. Kierując się zasadą „Im mniej zainwestujesz, tym bardziej będziesz zadowolony z efektu” postanowiłem jej użyć. Nie będę przecież szukał koloru zielony_metallic_a_jak_inne_światło_to_taki_niebieski, ani tym bardziej kupował go, bo bym się rozczarował licząc na fajny efekt. A tak, nie licząc na nic przejechałem sprejem raz, potem drugi raz, potem trzeci, i tak powstały zacieki. Ale widać tylko w dzień. No dobra, trochę po ciemku też. Ale jeżdżę tak szybko, że nikt nie zauważy. Efekt moich prac wygląda tak:

ObrazekNo i trochę bardziej z bliska:

ObrazekNa mycie przyjdzie pora później. Jak na włożone środki (0 zł, wszystko miałem w domu) i czas pracy, wyszło bosko. Oczekiwałem jedynie, żeby żółtoruda rdza nie rzucała się aż tak bardzo w oczy. No i jestem zadowolony. Tak bardzo, że jutro rozsyłam CV do okolicznych zakładów blacharsko-lakierniczych. Niech się o mnie biją.

A teraz, rdzo na tylnej klapie, do zobaczenia za parę miesięcy!

Piotr Wiśniewski,

Naprawy blacharsko-lakiernicze.

Otagowane , ,

Łakomy kąsek dla miłośników kultowych samochodów – licencjonowany przez Volkswagena model Garbusa 1303 w skali 1:8!

INFORMACJA PRASOWA

Volkswagen Garbus to ikona motoryzacji. Samochód znany na wszystkich kontynentach naszego globu. To jedyne takie auto w historii motoryzacji, które produkowano nieprzerwanie przez pół wieku. Przez ten czas na całym świecie kupiło go ponad 21 milionów osób. Dziś miłośnicy kultowych aut otrzymują szansę złożenia i wyeksponowania we własnym domu kolekcjonerskiego modelu Garbusa w skali 1:8.

Kolekcja De Agostini umożliwia miłośnikom klasycznych samochodów stworzenie krok po kroku modelu Volkswagena Garbusa 1303. Każda kolejna część przybliża do stworzenia modelu jednego z najbardziej fascynujących aut w historii motoryzacji. Czytaj dalej

Wiśnia na rowerze – nowy blog. Aktualności

Sensacja!

Moto blog Wiśni zawieszony?

Skończyłem z samochodami?

Co teraz z Wami będzie? :D

Odpowiedzi na te i inne pytania poznacie po przeczytaniu wpisu na moim nowym blogu

Wiśnia na rowerze.

a tu przód passata:

 [____][_]====W====[_][____]

pomysł zerżnięty z neta od kogoś – fajne nie?

Poza tym przeorganizowałem bloga jak większość zauważyła, mam nadzieję, że jest teraz czytelniej i wygodniej. Zamiast linków, które były z boku, jest oddzielna podstrona „Linkownia”. Tam z kolei nowy link – pzfphoto.wordpress.com. Zapraszam do odwiedzenia. Naprawdę świetne zdjęcia. I na tym koniec lizusostwa. :D Czytaj dalej

Muzyka na trasę i nie tylko

Tutaj macie album zespołu Blink 182 w formie 5 części na youtube. Ostatnio jechałem do Elbląga z tym na słuchawkach i sprawdziło się doskonale.

Polecam, muza niesie dużo pozytywnej, młodzieżowej energii.

Jakiś czas temu szukałem coverów piosenki „riders on the storm” Doorsów, a znalazłem poniższy filmik. Czytaj dalej

Nie wiem jak to zatytułować, Passat B2

To ma urok, kiedy jadąc starym, zdezelowanym samochodem musisz walczyć na każdym kilometrze o to, by nie wylecieć z trasy. To ma urok, gdy jedziesz sobie powoli dlatego, że każde zwiększenie prędkości o wiele zmniejsza stabilność auta, i gdy wozisz się niską prędkością, czerpiąc mimo wszystko przyjemność z jazdy. To ma urok i jest ciekawym doświadczeniem. I jak się do tego przyzwyczaisz, jest naprawdę miło. Wiesz, że Twoje bezpieczeństwo zależy w dużej mierze od tego jak będziesz jechał. Jeżeli nie skupisz się odpowiednio… hmm… Lepiej może tego nie rozważać. Dlatego nigdzie się nie spiesząc jedziesz oszczędnie 70-80 na godzinę albo jeszcze mniej i nikt Ci nie może powiedzieć, że się wleczesz. Jest to bowiem uzasadnione.

Zdecydowanie rozpoznawalny już w okolicy Passat B2 wraz z legendarnym wśród moich znajomych busem T3.

Jednakże, kiedy w końcu ponaprawiasz co trzeba w swoim cudeńku… Kiedy wymienisz części, które są już tak zniszczone, że właściwie powinny się rozsypać dawno temu (ale działały, bo to w końcu pieprzone VW)… Zaskoczą Cię możliwości Twojego auta. Jego styl a nawet gracja.

Czytaj dalej

Otagowane , , , , , , , , , , ,

News

Po pierwsze, chciałbym podziękować wszystkim czytelnikom bloga. Dzięki Wam łączny licznik wyświetleń dobił w ostatni weekend do 5000. Niewiele, jak na prawie dwa lata prowadzenia bloga, ale też nie był on specjalnie jakoś promowany, nie zasypywałem spamem w komentarzach wszystkich blogów na necie. W każdym razie pięć tysięcy odwiedzin cieszy.

Po drugie, po dłuuuugim czasie w końcu ukazał się dalszy ciąg przygód starego Galdera. Na stronie TEJ stronie znajdziecie drugi rozdział Podróży do Vertril. Nie jestem zadowolony z niego tak jak z rozdziału pierwszego, ale mam nadzieję, że następne wyjdą lepiej (bo będą na pewno).

Czytaj dalej

[Nie]pierwszy artykuł poza blogiem

Stało się. Pierwszy artykuł napisany na MenSite. Tym samym pierwszy na innej stronie (ale ogólnie to 2 teksty stąd były w ActionMagu, z czego jeden najpierw był tam). Przyjąłem bez wahania propozycję współpracy. Sam zdziwiłem się, jak szybko wpadł mi do głowy pomysł na tekst. TUTAJ możecie zerknąć na wykonane przeze mnie niecodzienne porównanie dwóch aut z silnikiem V8.

Druga rzecz – bardzo lajtowe radio internetowe. Planeta.fm, kanał house. LINK. Po wejściu po lewej stronie na dole macie przycisk odpowiadający za włączenie house’u. Miła muzyczka, nie przeszkadza a umila czynności (i pracę).

Także to tyle. Oczekujcie nieoczekiwanego!

T3 po raz kolejny ;]

Dla mnie najmilsze doznania za kółkiem były właśnie w T3. Pozycja kierowcy wysoka, wygodna. Duża kierownica usprawniała manewry.  Był to i jest według mnie najlepszy samochód. Najlepszy. Tak w ogóle wszystko powoli zaczyna nabierać sensu. U mnie. Tzn nadal są jakieś tam problemy, ale uczę się inaczej na nie patrzeć. Ale nie o tym będę, bo to wszak jest blog motoryzacyjny.

Obok delikatnie zmodyfikowane w programie photoscape zdjęcie busa T3 zrobione motorolą V3i. Czytaj dalej

Otagowane , , , , , ,