Category Archives: Felietoniczyny

Koń przemawia #2

Witam w kolejnej części Końskich mądrości.

Zacznę od razu z grubej rury. Rydzyk i jego Maybach… Ludzie gadają (w sumie temat był popularny dawno temu, ale ostatnio mi się przypomniało), że Ojciec Prowadzący Radia Maryja z rent biednych babć kupił sobie furę za kilkaset tysięcy euro. Ja nie jestem jakiś mocno wierzący, wręcz mówię o sobie że jestem WĄTPIĄCY :D, nie chodzę do kościoła, nie jestem też za PiSem, chociaż chciałbym żeby ludzie szanowali prawo i żeby panowała sprawiedliwość. Po prostu nie lubię jak ludzie powtarzają bzdury, nawet bez sprawdzenia tego samemu. Najlepsze, że na to nie ma ŻADNYCH dowodów, po prostu ktoś to zmyślił, a ludzie lubią mieć powody do zawiści, więc to kupili. Jedyne zdjęcie, które niby ma być dowodem w sprawie, jest spreparowane. I to nędznie. :D

z10782539O

Nawet się nie postarali, żeby CIEŃ pasował. Zobaczcie w którą stronę pada cień samochodu. Powinien przy nim być cień Rydzyka. Za to jego cień został namalowany pod nim, tak jakby na niego padały promienie z innego Słońca, prosto z góry na dół. Ja go nie bronię, nie uważam go bynajmniej za wzór czy autorytet, tylko po prostu obalam ten durny mit.

Ale to tak tylko słowem wstępu. Chociaż do samego Maybacha jeszcze wrócimy za chwilę. Dzisiaj podjąłem ciekawą dyskusję z redaktorami AutoInspekcji na temat wstawiania instalacji LPG do aut sportowych / z_zacięciem_sportowym. Wyśmiany został właściciel Audi A8 W12 (luksusowa limuzyna z mocnym silnikiem o dwunastu cylindrach, czyli – upraszczając – full wypas), bo ma w samochodzie gaz. A skoro go nie stać na NORMALNE paliwo, to pewnie nie stać też na porządny serwis, a przecież taki drogi samochód tego wymaga…

Otóż moi drodzy, szanuję Wasze zdanie, macie prawo tak myśleć, wiedzcie tylko, że jesteście w błędzie :D. Nie mówię że go stać na serwis. Może faktycznie go nie stać. Ale czy to coś zmienia? Przepraszam, to samochody są dla nas, czy my dla samochodów? Myślisz (jeden z drugim), że człowiek dorabia się takiej drogiej fury szastając pieniędzmi na lewo i prawo? Pakując tylko najdroższe części do samochodów, lejąc droższe paliwo, stosując uszlachetniacze do paliwa, itp? Biznesmen jest wtedy biznesmenem, jak wydaje tylko niezbędne minimum. Dlatego pracodawcy płacą najniższą krajową, głupi rachunek z kawiarni na 32,70 zł wliczają w koszty prowadzenia działalności, a naprawy w autach flotowych wykonują wtedy, kiedy bez tej naprawy auto nie przeszłoby badania technicznego. Nie wtedy, gdy coś stuka, a do przeglądu jeszcze pół roku. Wtedy stać go, żeby kupić sobie porządny samochód. Nie dziwię się więc, że do 6 litrowego audi montują LPG.

A co jeśli nie jest biznesmenem, tylko zwykłym kolesiem, który zawsze chciał mieć W12? I nagle okazało się, że w sumie ma już uzbierane pieniądze, jest do kupienia okazyjnie lekko puknięte jego wymarzone audi, po cenie z jakichś powodów mocno zaniżonej… I wie, że nie będzie go stać jeździć bez przerwy na benzynie, ale na gazie da radę. Bo koszt jazdy na gazie to będzie niecałe 60% kosztów benzyny na ten sam dystans.

Ale nie, przecież po co realizować marzenia, skoro można patrzeć jak spełnia je ktoś inny, a samemu czekać na lepsze czasy…

Powiem Wam, że gdybym był bogaty (tabu dibu dibu daj :D), gdyby mnie było stać na Maybacha, to wierzcie mi, wstawiłbym do niego LPG dla samej satysfakcji z tego, że ja jeżdżę i mnie stać, a innych ludzi bolą dupska jak widzą wlew gazu w zderzaku. Oni się ze mnie śmieją, ale to JA mam maybacha. Gdybym go miał, zaprawdę powiadam Wam, po jakiejkolwiek stłuczce pęknięty zderzak naprawiłbym TRYTKAMI. W taki sposób jak poniżej:

bumper_fix.jpg

W jeździe nie przeszkadza, a tyle wystarczy, żeby Policja (<3) nie zwracała większej uwagi. Paliłbym w nim papierosy. A za fotelem kierowcy byłby śmietnik, jak w każdej mojej furze. Kupiłbym specjalnie mniejsze stalowe felgi, żeby opony były tańsze. :D Bo fura jest dla MNIE, ona ma służyć MI, podobać się MI, to MNIE musi być na nią stać. Więc zrobię wszystko, żeby mi nic w niej nie przeszkadzało. Żebym mógł się nią cieszyć i z niej korzystać. A nie po to, żeby ludzie patrzyli na parkingu że mam super lakier, podczas gdy tuleje przednich wahaczy napie*dalają już od pół roku… Ale dobra. Wystarczy.

Dawno dawno temu, jak jeszcze miałem pracę :D (PKP Energetyka love4ever), koledzy z brygady (i w sumie nie tylko, bo też tacy zwykli koledzy :D) dziwili się, że kupowałem złomy za tysiąc złotych i sprzedawałem po kilku miesiącach. Traciłem na każdym kilka stów, to fakt. No i jeździłem autami, które miały minimum 20 lat. Zwykle były bliżej trzydziestki. Pamiętam, że mówili: „jakbyś te pieniądze odkładał to byś już mógł kupić sobie auto za kilka tysięcy”. No jasne – odpowiadałem – ale wtedy przez cały ten czas nie miałbym samochodu! Gdybym nie był samochodziarzem, mógłbym jeździć do pracy autobusem. Połączenie jakieś tam było, nawet pamiętam że autobusem wychodziło taniej gdzieś o 70-80 zł miesięcznie. No ale to po co są pieniądze, jeśli nie po to, żeby wydawać je na swoje marzenia? Choćby to był stary passat 1.6D za 1400 zł.

Dałem się przekonać jakiś czas później. Dość złomów, czas na porządne auto. Kupię raz coś lepszego i nie będę musiał wkładać w niego pieniędzy… Parę miesięcy temu policzyłem ile wydałem na to auto przez rok. Coś około 8-9 tysięcy. Nie licząc paliwa, wiadomo. Tylko kupno, rejestracja, ubezpieczenie i naprawy. Teraz jakbym chciał go sprzedać, nie wołałbym za niego więcej niż 3,5 tysiąca. I chyba nikt by tyle nie dał. Czy dużo zyskałem? Uniknąłem strat, które ponosiłem kupując złomy?

Nie.

Jedyna zmiana jest taka, że jak jadę 80-100 na godzinę, to radio gra sobie w miarę cicho, można rozmawiać bez krzyczenia, nie słychać szumów ze szczelin drzwiowych, a rano nie boję się czy odpali (chociaż brakuje trochę tego dreszczyku, więcej TUTAJ). Są elektryczne szyby, automatyczna skrzynia, sterowanie radiem z kierownicy. Bajer, bardzo wygodny. Przy prędkości autostradowej (140) nie czuję że to są ostatnie minuty życia silnika :D, a raczej jest dużo miejsca pod pedałem gazu. No i poczucie bezpieczeństwa. Kwestia niewycenialna, nawet jeśli to fałszywe poczucie.

No więc może i duża zmiana. Ale czy było warto tyle dopłacać? Za omegę zapłaciłem 4500 zł. Większość tych rzeczy zapewni tak samo omega kupiona za 2 tys. zł. Po prostu gorzej by wyglądała. A przecież moja teraz też wygląda gorzej. Swoje już ze mną przeżyła…

20160116_151425

Ale wygląd się nie liczy. Jeździ się nadal tak samo pięknie, komfortowo, gładko. Jedyne co mi w nim teraz przeszkadza, to luzy w zawieszeniu z przodu, za które muszę się w końcu wziąć. Piękne alusy sprzedałem, na stalowe koła założyłem kołpaki od mercedesa. Holowałem tym oplem sprintera, a raz nawet wyciągnąłem go z gorszego terenu. Wiozłem w nim drewno. Było to tylko raz, ale miałem złożoną kanapę i zapakowany byłem autentycznie po sam sufit. I siedziałem dramatycznie blisko kierownicy. Co prawda tylko 40 kilometrów, ale siedział bardzo nisko. Nie raz poleciałem bokiem na rondzie, chociaż automatem jest o wiele trudniej. Spałem w nim wielokrotnie. Nieraz nawet w mrozie. TO się nazywa wykorzystywać potencjał samochodu. Jest niski, ale nie powstrzymało mnie to przed wjeżdżaniem do lasu, nieraz „drogą”, którą na co dzień jeździły traktory, a więc z dużymi koleinami.

Każdej z tych rzeczy podjąłbym się nawet, gdybym miał hondę civic. Takie mam podejście do samochodów. Ma służyć MI. Nie ja jemu. W jakimś dwumiejscowym ferrari nie woziłbym drewna TYLKO dlatego, że weszłoby go po prostu za mało, żeby się opłacało je wozić. Za to trzy worki zaprawy cementowej z brico marche – z dziką radością. Dwa kartony płytek podłogowych, bo zabrakło? Już jadę! Tylko jeszcze po drodze zatankuję trochę GAZU DO FERRARI. Aaaaa… Boli dupcia co?

No to nie pakuj gazu, nie „profanuj” sobie tego supersportowego audi (btw, to nadal tylko audi), i nie kupuj go, dopóki nie będzie Cię stać na benzynę. Zanim sobie – żyjąc zgodnie z zasadami szanowania drogich samochodów – zarobisz, to Twój rówieśnik będzie już swoje audi_RS_LPG sprzedawał, bo się najeździł, przeżył wiele z tym autem, był jeszcze młody i naiwny jak je kupował, ale może już się wypowiedzieć na temat tego auta, BO JE MIAŁ. A teraz myśli nad lexusem ls400. W GAZIE.

Widzisz różnicę? Jeden marzy, drugi jeździ. Wolę być tym, który jeździ. Jasne, każdy z nas wolałby być tym, który jeździ tylko na benzynie a w garażu – czy raczej w hangarze – ma kilkadziesiąt modeli supersamochodów różnych marek i roczników. Ale dopóki nas na to nie stać, czy mamy tylko stać przed szybą_salonu/ekranem_komputera i spoglądać na te auta z cieknącą ślinką? Czy te genialne cudy samochodowej inżynierii, w latach naszej młodości, gdzie najbardziej nas emocjonują, mają być tylko głównymi bohaterami naszych mokrych nastoletnich snów?

Jeśli tak to sobie wyobrażasz, to spoko. Nikt Ci nie każe być szczęśliwym. Możesz do końca życia jeździć mondeo/a6/omegą i marzyć o porsche miłością platoniczną, bo przecież nie byłoby Cię stać na paliwo. Ale – możesz też kupić sobie to porsche i przerobić na gaz. Miałbyś i tanią jazdę, i genialny samochód. Taki wybór (i to w najlepszym wypadku!) ma większość z nas.

1189334397_DSC_0017

– Ty, patrz, ale wieśniak, zamontował lpg do swojego porsche, żeby móc się nim częściej cieszyć!

– HYHY! NO, wstyd by mi było tym jeździć. Dobra, wsiadaj do golfa, mama dała dwie dychy na wachę. HEHEHE…

Gdybyś powiedział, że źle założona (!) instalacja LPG zepsuje przyjemność z jazdy i przyczyni się do szybszego zużycia silnika, OKEJ. Ale jak mówisz PROFANACJA, to mi zajeżdża fanatyzmem. Religijnym.

„Bo oto wielki władca dróg, a imię jego Audi RS44. Na grillu ma cztery pierścienie a na piastach cztery koła. Za nim dym z opon i asfalt pod jego kołami. I przyszedł ukarać tych, którzy w ofierze składali tańsze paliwo, zamiast droższego. Rozgniewany i wzburzony niczym morze podczas sztormu przyniesie kres tej zniewadze. Teraz [już] tylko płacz i zgrzytanie zębów.”

Come on, guys. Dajcie spokój.

Ale w sumie, jakbyśmy mieli tylko takie problemy, czy montować lpg do naszych super fur, to nie byłby żaden problem. Wy byście się ze mnie śmiali, że jeżdżę na gazie jak wieśniak, a ja śmiałbym się z Was, że robię w miesiącu prawie dwa razy więcej kilometrów niż Wy, miastowi. :D Także win-win. A do tej pory możemy tylko bóldupić w internecie. :p

Piotr Wiśniewski

AutoInspekcja

// A pod TYM LINKIEM znajdziecie odpowiedź kolegi get_low_baby z AutoInspekcji.

Koń przemawia #1

Byłem chwilę za granicą. 2 tygodnie w Szwajcarii, potem tydzień w Austrii. Wróciłem do tej naszej chorej Polski jedynej. A mój weltschmerz tylko się powiększył.

Oglądając wszystko co tam było, siedząc sobie na fajce w przerwie od pracy doszedłem do wniosku, że tu nie o rządzących chodzi. To nie PO ani PiS są winni. Tam jest inna kultura, inni ludzie. Tutaj nie ma takiego wychowania. Każdy patrzy tylko na swój nos. Jeden cwaniak przez drugiego trzecim poganiany. Dziady. Na podwórkach chlew. Na drogach błoto. W głowach siano. Wieś tańczy i śpiewa.

Za kierownicą spędziłem tam też troszkę czasu. Każdy patrzy dookoła czy nikomu nie przeszkadza. Na górskiej drodze jak podjeżdża za wolno, to zatrzymuje się w zatoczce i Cię przepuści. „Share the road”. Bo nie jesteś na drodze sam.

Przyjechałem tutaj. Pierwsze wyprzedzanie w Polsce i od razu idiota mi się trafił. Zaczął przyspieszać. Było dużo miejsca i bym bez problemu wyprzedził, gdyby tamten jechał ze stałą prędkością. A z naprzeciwka jechał samochód. Ledwo się wyrobiłem. Takich ludzi od razu bym zsyłał do kamieniołomów. Ale uprzednio biczowanie. (Po namyśle stwierdzam, że jednak pałowanie, jak za czasów milicji).

Dalej. Jadę sobie przez jakąś wioskę, a tam pod sklepem chleją. Starzy, młodzi. Wiek nieważny. Chleją. Znam takich. Ojciec chleje z synem. Pod sklepem. No, ku*wa faktycznie, ale przykład dla młodego. Super, pozna życie. Bo posłucha durnych historii, jak to za komuny nic nie było, ale tatuś bohater wynosił z zakładu pracy co się dało, a potem wymieniał się z innymi, którzy mieli co innego (też kradzione). „Dzięki temu, synku, jakoś się nam wiodło. A teraz to pracy nie ma, wszystko drogie…” I ogólnie BÓL DUPY, bo ktoś nauczył się kraść lepiej, niż on. Bo on kiedyś pracując w cukrowni kradł cukier, a ten pier*olony …[tu_wstaw_nazwisko_znienawidzonego_polityka] teraz kradnie NASZE PINIENDZE Z PODATKÓW. Żebyś Ty, tumanie, nie kradł, to byś miał prawo teraz narzekać. A tak, to morda w kubeł i do roboty. Bo „kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień.”

[I wziął Piotr łyk piwa. I czuł Piotr, że było dobre.]

Ile można wylewać swoje bóle w internecie? Jak się okazuje – bez końca. Zawsze się znajdzie temat. Na przykład ostatnio – oglądam sobie youtube. Trafiłem w końcu na filmik, jak młody człowiek narzeka, że po tym, jak jego kolega znalazł sobie dziewczynę, stał się dla niego niedostępny. Już nie mogą wyjść razem pić, bo nie ma kiedy. A i nie ma po co, skoro jeden już ma dziewczynę. Przecież nie pójdzie z kumplem „na dupy”, bo już ma. Następny filmik. Boli, że rodzice wcinają się do prywatnego życia, że mówią Ci nawet o której godzinie masz iść spać. Jeśli masz tego rodzaju problemy, na szczęście mam dziś dla Ciebie dobrą wiadomość: TO SIĘ KOŃCZY. Czas leci (wbrew pozorom – bardzo szybko), dorastasz, znajdujesz pracę, w końcu masz pieniądze, które możesz przeznaczyć na swoje zainteresowania, albo swój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu. I powoli zaczynasz mieć w dupie to, że nie ma z kim iść „na browca” w piątek. Bo taki piątek się trafia raz na dwa miesiące, albo rzadziej. Alkohol już tak nie bawi. Nie bawi podrywanie dziewczyn, bo poderwać się dają nie te, których naprawdę pragniesz. Zaczynasz szukać „tej jedynej”. Dochodzisz do wniosku, że to wcale nie ta, w której podkochiwałeś się od liceum. Po kilku samochodach „za tysiaka”, w końcu kupujesz sobie porządny. Który będziesz miał długo. Okazuje się, że przez rok ładujesz w niego więcej kasy, niż wcześniej przez rok władowałeś w kupowanie szrotów, naprawianie ich i sprzedawanie za pół ceny. Nudzisz się, bo wcześniej przez 2 lata 7 razy zmieniałeś auto, a teraz od roku masz jedno i to samo. Rzucasz pracę, bo nie daje Ci satysfakcji. Jedziesz za granicę, a tam okazuje się, że praca jest jeszcze gorsza niż tu. Znaczy – sama praca nie, ale szefostwo, płaca i ogólne nastroje podczas każdego „dnia pracy” już tak. A języka nie znasz, więc jak próbujesz się porozumieć to patrzą na Ciebie jak na debila. Więc rzucasz to w*izdu. Wracasz do Polski. Wracasz do zapchlonej dziury, zabitej dechami. Ale tu przynajmniej każdy rozumie, co mówisz. A jeśli nie rozumie, to ON jest debil. Bo znasz dobrze polski. Więc zakładasz kolejnego w swoim życiu bloga i wylewasz tam swoje… Zaraz… O czym to ja…

Moi kochani młodzi ludzie (bo sam przecież jestem taaaaaaaaaaki stary, 25 lat :D), te problemy mijają. Im szybciej na to wylejesz, tym lepiej. Połowa klasy ma ajfona a Ty nie? No i co z tego. Dla większości z nich to jest jedyne, co mają (i nie chodzi mi o finanse – po prostu jedyne czym ta osoba może zainteresować resztę to fakt, że ma najnowszego ajfona). Idźmy dalej. Pół miasta ma o Tobie złe zdanie, przez jedną osobę, która rozpowiedziała na Twój temat plotki? No i co z tego. Spokojnie. Potem i tak okazuje się, że poznajesz osobę, którą „życzliwi” ostrzegali przed Tobą (chociaż Cię nie poznali), a Ciebie też przed nią ostrzegano. A wbrew im wszystkim macie się dobrze, spotykacie się, jesteście niby wyrzutkami, ale to tworzy między Wami genialną więź. Okazuje się, że nie potrzebujecie ich „świetnego” towarzystwa, a sylwestra spędzacie nie na imprezie, na której „trzeba się pokazać”, tylko sami w domu, przed komputerem, gdzie oglądacie film. Ale nie ten film jest gwoździem programu (jeśli wiesz co mam na myśli)…

A dopóki mieszkasz z rodzicami, zaakceptuj ich jakieś „zasady”. Dostosuj się. Jak się dostosujesz, a oni to zauważą (a zauważą) to spróbuj negocjować. Zazwyczaj spokojna rozmowa na chłodno, przy okazji wspólnego śniadania, które przygotowałeś/łaś da dużo więcej, niż próby wykłócania się przez telefon podczas trwającej imprezy, że chcesz zostać do końca, a nie do 23. Jeśli chcą, żebyś wrócił o dwunastej, wróć o dwunastej (a najlepiej za pięć). Negocjacje przed, a nie w trakcie. A potem trzymanie się umowy. Oni muszą Ci zaufać, żeby Ci pozwolić na więcej. A żeby Ci zaufali, musisz im dać do tego powody. Zaufania się nie dostaje „z przydziału”. I mówię Ci to nie jako „trzeci rodzic”, ale jako Twój człowiek w „świecie dorosłych”. :D Przechodziłem przecież przez to sam. Wcale nie tak dawno. I tego rodzaju rady gdzieś przeczytałem, zastosowałem w życiu, wymagało to trochę cierpliwości, ale naprawdę pomogły. Znacznie. No, ale nie pomogą Ci w żaden sposób, jeśli nie będziesz potrafił zrezygnować z jarania zielska codziennie (to tylko przykładowa używka, wstaw tu sobie co chcesz) i codziennie przychodzić będziesz „spizgany”, nieużyteczny dla domu i bez żadnych ambicji, żeby poprawić te 7 przedmiotów, z których jesteś zagrożony. Bo AŻ TAK rodziców nie nagniesz pod siebie.

Miało być o tej naszej sku*wiałej ojczyźnie jedynej, a wyszło, że opisałem problemy nastolatków :D. No ale to i tak wszystko się zazębia. Wszystko dotyczy mnie po trochu i Was też. Więc jakoś tam jestem usprawiedliwiony. Zresztą. I tak nikt mi za to nocne pisanie nie płaci, więc nie czuję się winny w żaden sposób. Dziękuję, dobranoc. To była część pierwsza nowej serii KOŃ PRZEMAWIA. Czemu koń? To już historia na inny wpis.

Piotr Wiśniewski

Otagowane

Koniec ERŁO, a mnie to dalej gówno obchodzi

(Napisałem to też dawno temu, o wszystkim i o niczym, część już nieaktualna, bo trzeba to było z tym tytułem wrzucić zaraz po Euro, a nie długi czas później. Ale czytajcie se, na zdrowie. Tekst między gwiazdkami właśnie to publikacja sprzed chyba ponad roku, pozostałe dopiski są z dzisiaj.)

***

Nie oglądałem, a jak już jakiś mecz leciał w pokoju to rzuciłem okiem może kilka razy. Nie jara mnie to zupełnie. Tzn piłka nożna sama w sobie jest okej, ale oglądanie jej i sranie się „żeby wygrali nasi”, a potem „żeby wygrała moja ulubiona drużyna” jest dla mnie niezrozumiałe. Mogę pograć, ale nie jara mnie to na tyle żeby to oglądać i się przejmować. Ale nieważne.

Kiedyś nie rozumiałem jak można kupować nowe fiaty, zamiast używanych VW w tej samej cenie. Miałem tak zakorzenioną miłość do VW i pogardę dla fiata i wszystkich „gówien”, że nie widziałem żadnych argumentów za fiatem przemawiających, może poza „głupotą” ludzi którzy go kupowali. Z biegiem czasu jednak nauczyłem się, że czasem trzeba spróbować na chwilę odrzucić swoje dogmaty i spojrzeć na sprawę świeżym okiem. Bez uprzedzeń i niepodważalnych przekonań, których nabraliśmy czasem od innych ludzi (naszych autorytetów, jak np. rodzice) nie sprawdzając nawet, czy to prawda. U mnie było to zdanie „weteranów szos” – czyli mojego taty, wujka itp. – na temat właśnie motoryzacji, a głosiło ono, że wszystkie auta na F są gówniane: Fiat, Ford i Francuskie (błagam, nie pytajcie czy Ferrari według tej teorii też jest gówniane).

Teraz nie wnikam kto czym jeździ, nie zniechęcam ludzi do fiatów, bo każdy ma argumenty przemawiające za tym, by przy swoim aucie pozostał. Jednemu potrzebny komfort i szpan na mieście, innemu niskie koszty eksploatacji, jeszcze innemu coś zupełnie innego. Ale o co mi chodzi?

Chociaż znany jestem z wymądrzania się na tym blogu, to od jakiegoś czasu wyznaję zasadę „wiem, że nic nie wiem” (Sokrates). Jestem świadomy swojej niewiedzy w wielu zagadnieniach. Człowiek, który mówił „wiem, że nic nie wiem” nie uważał że wie mniej od każdego innego człowieka, tylko zdawał sobie sprawę jak niewielką wiedzę posiada w porównaniu do tego ile można by wiedzieć (mimo tego że był najmądrzejszym z tamtej społeczności). Bo im człowiek więcej się dowie, tym wyraźniej widzi ile mu jeszcze pozostało – w ilu kwestiach jest jeszcze zielony.
***

I w sumie dlatego przez ostatni długi czas nic tu nie pisałem. Jak mogę komuś coś radzić, skoro sam nie mam w tym wiedzy eksperckiej a jedynie amatorską? Bo jak ktoś kierowany Twoją poradzą kupi coś co okaże się szmelcem, to potem ma pełne prawo mieć do Ciebie pretensje. Więc porzucam rolę wszechwiedzącego typowego szwagra xD i jedyna rada jaką Wam dam, to cytat z Gurala „Bądźcie mili dla sąsiadów”. Bo wiem, że na tym się nie da stracić. :p

Mają tam wszystko

Mają tam wszystko. Mają lekarstwo na każdą Twoją chorobę. Mają odpowiedź na każdą Twoją potrzebę. Zaspokoją ją (a przynajmniej Tobie tak się będzie wydawało), sprawią że poczujesz się lepiej, dadzą Ci złudne poczucie szczęścia, a Ty się nim zadowolisz, bo nie wierzysz w siebie na tyle by chcieć czegoś więcej.

Seriale o grupie przyjaciół i ich miłosnych rozterkach (HIMYM, 90210, Gossip Girl), seriale o indywidualistach, którzy odnoszą sukcesy w jakiejś kwestii, jak rozwikłanie spraw kryminalnych (Monk), medycyna (House), czy życie erotyczne (Californication). Dla miłośników sci-fi serie o ludziach z nadprzyrodzonymi zdolnościami (Heroes, 4400, Touch), dla lubiących rozgryzanie ludzkich zachowań – Mentalista, Magia kłamstwa. Zapewniam, każdy mógłby znaleźć dla siebie serial, co najmniej jeden. Mają coś dla każdego z nas. My mamy tylko jak te owieczki siedzieć i patrzeć. Rano wstać, iść do pracy. Po południu oczy w TV, obejrzyj sobie owieczko serial, potem drugi, potem idź spać. A Rano znowu – do roboty, potem konsumuj, w nocy śpij (nie za długo) i znów do pracy. I tylko nie myśl za dużo! My to robimy za Ciebie.

Oglądasz te seriale, idealne postacie z wyraźnie zarysowanymi wadami, które czynią ich tylko bardziej uroczymi, i coraz bardziej się frustrujesz, bo życie takie nie jest. W życiu nie znajdziesz takich przyjaciół jak tam, Twoi przyjaciele mają wkurzające wady. Nie jesteś bohaterem, nie wiedziesz filmowego życia, jesteś szarym człowieczkiem mieszkającym w swoim szarym domu, a rano musisz wstać do swojej szarej pracy, za którą płacą Ci szarymi pieniędzmi.

P.W.

The world is yours.

Oczywiście, jestem świadomy że to kraj absurdu. Ale nie przeszkadza to tak bardzo, gdy się ma jako-taki porządek w życiu – dom, pracę, drugą połówkę… Chociaż słuchając opowieści ludzi bogatszych w doświadczenie życiowe doszedłem do wniosku, że mógłbym się wyprowadzić na stałe za granicę, bo jak mam żyć w śmietniku, to chuj z takim patriotyzmem. Skoro tu człowiek zarobi 1600 złotych, a tam (np w Niemczech) 1600 euro, to już jestem zainteresowany. Ale czytaj dalej, czytaj. Wiem, że tu za mieszkanko z opłatami zapłacę 600 zł a tam 600 euro (czyli 2500 zł). Ale tutaj głupie piwo kosztuje 2,50 zł, a tam 70 centów. I niby w przeliczeniu na złotówki wychodzi cena podobna (a nawet wyższa – prawie 3 złote), ale tak naprawdę tam za jedną pensję kupię znacznie więcej piwa niż tu. Paliwa też (!). Dalej – tam tańsze nowe auto kosztuje człowieka 8,5 pensji, a tu 31 pensji (WTF?!). I ostatni argument – jeśli zarabiając 1600 jednostek odłożę choćby 100, to jednak wolę mieć 100 euro niż 100 złotych. Bo po roku takiego odkładania w Polsce stać mnie będzie na passata b2, a w Niemczech na b4. Wyjeżdżam.

Ale jeszcze nie.

Drugi temat. Kwestia kupowania nowych samochodów zawsze była dla mnie dyskusyjna. Po co kupować nowy, skoro można za te pieniądze kupić używany wyższej klasy z lepszym wyposażeniem? Już mówię. Załóżmy, że już się w życiu ustawiłeś. Ty zarabiasz 2500, Twoja kobieta 1500 (żryjcie, feministki!). Razem macie cztery tysiaki. Dwa tysiące na życie i opłaty w zupełności wystarczy (dla dwóch osób). Okej, kasa jest, potrzebny wam samochód. Oglądacie sobie używane, zastanawiacie się jak tu dobrze kupić, żeby w nic nie wdepnąć. Szukacie, czytacie porady, oglądacie auta. I wtedy po powrocie do domu widzisz reklamę w telewizji: Nowa KIA – 7 lat gwarancji! Znajdujesz stronę www, czytasz, patrzysz. Zaczynasz myśleć. 50 tysięcy kosztuje NOWA kia soul w podstawowej wersji, podstawowym kolorze, z silnikiem benzynowym 1.4. Że biedna wersja? Co z tego, to nadal zupełnie nowy samochód, którym nie jeździł przed Tobą NIKT, będzie tylko Twój, wszyściutko nowe, czyste, pachnące, nieużywane, niezniszczone, niepordzewiałe… Wszystkie niezawinione przez Ciebie usterki przez najbliższe 7 lat będą Ci naprawiać za darmo…

TAK! Zdecydowanie przemyślałbym taki zakup. Wiadomo, że na kredyt. Na 5 lat – niech będzie nawet 1000 zł rata, gdzie suma z odsetkami wychodzi 60 tysięcy, a raczej wyjdzie mniej. To po 5 latach masz spłacone auto którym jeździłeś 5 lat od nowości. Zostało mu 2 lata gwarancji, więc powinien się znaleźć na niego jakiś chętny. Sprzedajesz za 15 tysięcy (a co, stać Cię, a za taką sumę prędzej znajdziesz klienta) i kupujesz następny. A może nawet tym razem coś lepszego. I nie pieprzysz się ze starociami, które mają swoje humory. A wygoda w nowym aucie jest zawsze lepsza niż w starszym (i tu oczywiście wtrąci się sceptyk: Czyli według Ciebie w nowej pandzie jedzie się wygodniej niż w starszej s-klasie? Odpowiadam zatem – „powiedziała babcia i wpadła pod tramwaj”).

Siedziałem w nowym scirocco. W salonie. Samo siedzenie w tym aucie było zajebiste. Przejechać się tą ponad dwustukonną bryką – to byłoby dopiero coś! Posiadanie go – wykracza już poza moje marzenia. Ale taką Kię Soul – ładne nowe auto – chętnie bym kupił. I przemyślę to bardzo dogłębnie jak tylko będzie mnie na nią stać. Tyle nowych samochodów praktycznie w zasięgu ręki. Część z nich na gwarancji jeszcze 2 lata po spłacie kredytu. Czemu by nie brać, skoro nas stać? A co, kupię za 50 tysięcy używanego merola? A mam pewność, że nie został złożony z dwóch powypadkowych „połówek”? Kredyt muszę wziąć i tak i tak. Wolę zatem zapewnić sobie darmowe naprawy przez okres PRZYNAJMNIEJ spłaty kredytu, niż kupić coś na co nie dostanę gwarancji, a w co w razie usterki będę musiał włożyć od kilku stów do kilku tysięcy.

I jeszcze tak na koniec: jakby była wojna, czy coś, i by chcieli nasz kraj zająć, to ja nawet z domu nie wychodzę. Nigdzie nie idę walczyć. Jak chcą to niech zajmują. Mogę się nauczyć choćby chińskiego, ba, dla mnie ten kraj może się nazywać nawet Czarno W Dupie, byle dobrze było.

I to tyle.

Piotr Wiśniewski

Proszę, nie oddawaj auta na złom!

Zatrważające zjawisko ma miejsce na rynku motoryzacyjnym – ludzie kupując sobie nowszy samochód oddają starszy do kasacji. Jak tak dalej pójdzie, za 20 lat stare auto kupimy jedynie w formie żyletek! Jako fan pełnoletnich samochodów jestem temu zdecydowanie przeciwny. Bo o ile w przypadku rozbitych pojazdów złomowanie jest zrozumiałe, to oddawanie na złom aut które SAME TAM DOJADĄ to dla mnie totalne nieporozumienie. Czytaj dalej

Otagowane , , ,

Słów kilka o raku systemu oświaty

Bo przecież nie ma to jak pisać o oświacie w noc sylwestrową… Cóż, nikt Wam chyba nie mówił, że ze mną wszystko w porządku? Zapraszam do lektury.

Tata mi opowiadał, jak to było dekady temu. Jak dzieciak pisał lewą ręką, to to było nienormalne i nauczyciele go zmuszali żeby pisał prawą. I w końcu się nauczył. Dziwne, lekko głupie wręcz. Idźmy jednak dalej. Była dyscyplina na lekcjach. A jak dziecko miało złe oceny, to dostawało w domu „smary”, jak to mawiał mój wujek. Teraz jak „dziecko” się źle uczy, to rodzice mają pretensje do nauczycieli. Coraz bardziej się panoszy gówniarstwo, sobie pozwalają na nie wiadomo co w stosunku do nauczycieli (bo o ile kocham młodzież, to nie mogę znieść tego raka, którym są patologicznie aspołeczni nastolatkowie). Mało który belfer ma szacunek w szkole, a głównie mają go ci z długim stażem, którzy nauczają według „starej szkoły”. Czyli – nie potrafisz się zachować na lekcji? – Wyjdź. Nie zdążyłeś na przerwie się wysikać? – Masz minutę. I tym podobne. Sztywne zasady, dotyczące każdego równo. Pamiętam sam, jak szanowałem nauczycieli, którzy nie dali sobie wejść na głowę gimnazjalnym debilom. Jednak żeby sobie zapewnić spokój na lekcjach, musieli czasem wyjść poza swoje uprawnienia. Czyli – wydrzeć się na idiotę, wygonić go z klasy (nie można już tak robić, bo nauczyciel odpowiada podczas lekcji za dziecko które ma zaznaczoną obecność)… publicznie poniżyć, itp. Do czego zmierzam? Czytaj dalej

Wiśniewskiego Piotra egzystencjalna zaduma

Przed Państwem wpis pozamotoryzacyjny, w którym zahaczam momentami o filozofię. Pierwszy taki, więc wykażcie się wyrozumiałością w komentarzach. Miłego czytania.

Zwykły, szary dzień. Jestem u kolegi – Radka – w Toruniu, myję po sobie naczynia, woda powoli spływa, płyn dzięki gąbce staje się pianą, która z powodzeniem zmywa brud z talerza. Jak zwykle słucham sobie muzyki z telefonu na niesamowicie zacnych słuchawkach HPM-70. Miałem tam wtedy album Łony zatytułowany „Koniec żartów”. Słuchałem utworu, który możecie włączyć sobie poniżej. Jeżeli chcecie rozumieć o czym mówię w dalszej części wpisu – polecam przesłuchać. To tylko 2 minuty.

Czytaj dalej

Otagowane , ,

Dlaczego stare auta nie nadają się do celów wyczynowych

Na początek pochwalę się, że niedawno wymienialiśmy pod domem amortyzatory w passacie i w sumie ja odwaliłem dużą część roboty, a tata był doradcą technicznym na zmianę ze szwagrem, który udostępnił nam też narzędzia (bez których by tak łatwo nie poszło). Cieszę się, bo nie myślałem że będę potrafił to zrobić, a okazało się, że to wcale nie takie trudne (gdy ma się obok dwóch nieco bardziej doświadczonych ludzi). Do czego zmierzam? Czytaj dalej

Otagowane , , , ,

Pierwszy samochód – oto najlepsza opcja dla niemal każdego

Zrobiłeś prawko, uzbierałeś/masz_od_rodziców kilka tysięcy* parę złotych na samochód. Co dalej? Ano chętnie Ci pomogę w wyborze Twojego pierwszego auta!

Możesz czuć pewien dyskomfort będąc tak ograniczonym przez kwotę, jednak nie masz się czego bać. Nadal możesz wybierać spośród wielu aut. Masz do wyboru ogrom typów nadwozi, wiele silników i różne rodzaje napędu.

Pierwszy samochód - golf 2
Golf II

Czytaj dalej

Otagowane , , , , ,

Największe zalety starych aut

W czym tkwi urok starych samochodów? Postanowiłem to zdefiniować. Nie przedłużając zatem, przejdźmy do pierwszego argumentu.

Radość z każdego odpalenia!

Czy w swoim samochodzie uruchomienie silnika uważasz za osiągnięcie? Jeżeli nie masz starego auta, pewnie jest to dla Ciebie normalka. Ma odpalać bo to jego rola. Otóż zdradzę Ci sekret – mając 30-letniego złoma cieszysz się z każdego odpalenia! Każde uruchomienie silnika zakończone sukcesem jest wtedy powodem do radości! Jest osiągnięciem! Czytaj dalej

Otagowane , , ,

Elbląskie samochody lat 80 (i jak zwykle nieco filozofii)

W ostatni lany poniedziałek byliśmy z Radkiem w Elblągu. Tam podczas harców pieszo po mieście napotkałem dwa bardzo urocze samochody. Dziś oglądając zdjęcia, które im zrobiłem, zastanowiłem się chwilę, zadając sobie pytanie – co mnie podnieca w takich starych zniszczonych pojazdach? Oczywiście w momencie dorobiłem sobie do tego ideologię. Dopiero myśląc dalej doszedłem do wniosku, że po prostu są to auta mi najbliższe, bo najmniej warte finansowo. Najzwyczajniej w świecie na lepsze mnie nie stać (a nawet na te nie za bardzo). O ideologii powiem za chwilę, a na początek… Czytaj dalej

Passat B2 i o wyborze samochodu słów kilka

Ostatnio częściej jeździłem Fordem Galaxy szwagra niż naszym rodzinnym Passatem. Byłem zadowolony, bo zdecydowanie czułem się w nim bardziej bezpiecznie. Odpowiednie zimowe opony, duża masa (duża stabilność), dość długa strefa zgniotu :) oraz – co najważniejsze – ABS. System, dzięki któremu zatrzymasz się zdecydowanie szybciej (o ile nie opanowałeś do perfekcji hamowania pulsacyjnego na granicy poślizgu), i zachowasz sterowność podczas awaryjnego hamowania. Najprostszy system zapobiegający poślizgowi. Ale nie o nim tu będzie. Narzekałem trochę na Passata, z tyłu jest ogrom miejsca, dopóki nie wsiądą tam trzy spore osoby. Wtedy jest ciasno, ale do przeżycia. Mimo wszystko jednak Ford zapewnia z tyłu więcej miejsca (co nie dziwi, jest wszak minivanem, a nie kombi). Jeden z pierwszych wpisów (Ponad tysiąc sto na jednym baku) także traktował o Passacie. Ciekaw jestem kto z czytelników go pamięta :).

kombi, 1.6 TDStare foto, jeszcze miał inną maskę i silnik. Chyba wtedy był w najlepszej formie.

Czytaj dalej

Otagowane , , , , , , , , ,

Nie jeździłeś? Nie oceniaj. Fiesta mk3.

Wczoraj byliśmy z Radkiem w Kwidzynie. Wiecie, normalny taki wypad dwóch kumpli. Można pogadać o ważnych sprawach (i bzdurach), przejść się po mieście (albo powozić od ronda do ronda), zjeść coś (czy też wypić). Nie byłoby w tym wypadzie nic dziwnego, gdyby nie parę faktów.

Fakt nr 1. – jest zima. Śnieg i lód na drogach skutecznie zmniejsza bezpieczeństwo jazdy i utrudnia poruszanie się. Na szczęście droga od Sztumu do Kwidzyna była już przejezdna w stopniu dobrym. Do Sztumu bowiem asfalt był pokryty w zależności od miejsca większą bądź mniejszą warstwą śniegu i lodu. W Kwidzynie było bezpiecznie. Jedynie niektóre parkingi były nieodśnieżone. Mimo wszystko jednak wyjazd można było uznać za ryzykowny, rodzice nakłaniali mnie do pozostania w domu. Cóż, jak będę starszy, żonaty i dzieciaty to sobie podaruję wyjazdy w takie warunki. Obecnie każde nieplanowane wydarzenie odbieram jako przygodę. Trzeba przecież mieć co wspominać na starość. Czytaj dalej

Otagowane , , ,

„60 sekund” obejrzany po latach

plakat 60 sekundJest wiele filmów, jakie pamiętam z dzieciństwa. Większość to filmy akcji, te pamiętam najbardziej bo zwykle w dużym stopniu mi się one podobały. Jednak niektóre z nich po obejrzeniu w wieku lat kilkunastu straciły zdecydowanie w moich oczach. Płytka akcja, strzelaniny banalne, tysiące wrogów zawsze przegrywały z głównym bohaterem. Szczerze mówiąc obawiałem się obejrzenia filmu „Gone in 60 seconds”. Jako dziecko bardzo mi się on spodobał. Wiadomo – kradzieże samochodów, ucieczki przed policją, piękno klasycznych aut… Doświadczenie podpowiadało mi, że teraz pewnie aż tak mnie film nie poruszy…

Dzisiaj obejrzałem „60 sekund” ponownie po wielu latach. I wiecie co? Nie będę Was trzymać w niepewności. Czytaj dalej

Otagowane , , , ,